Przy okazji Bożego Narodzenia pisałam już, że dla mnie „Świętowanie to wyzwanie”.
I znów je odważnie podejmę.
Tym razem nie będzie łatwo. Po licznych pokusach Wielkanocnego Śniadania w Lany Poniedziałek odwiedzę na wsi ciocię Sabinkę, u której stół ugina się zawsze od przysmaków.
Niezbędnym dodatkiem do nich jest marynowana dynia, śliwki, grzybki, gruszki i ćwikła z chrzanem. Teraz patrzę na marynaty zupełnie inaczej. Dla mnie to octowe wyciągi z roślin i przypraw. Czyli prawdziwe lekarstwa. Kiedyś napiszę i o leczniczych octach, ale to temat rzeka.
Trochę szkoda, że w śmigusa-dyngusa już nikt mnie nie oblewa wiadrami wody, jak kiedyś. I to nie tylko dlatego, żem już nie podlotek. Po prostu nikogo się już wiadrami zimnej wody nie oblewa.
Życzę Wam Wesołych Świąt !
Lecę ucharakteryzować jaja na pisanki, bo w Wielkanoc mają swoje pięć minut grając najbardziej efektowną rolę na stole.
Po Świętach pojawią się w moim kolejnym wpisie już bez makijażu, skromnie, ale za to w roli wartej Oscara.
A jeśli macie kłopoty z dną moczanową to pamiętajcie, żeby dodać kapary do „zimnych nóżek”, wrzucić liść laurowy do potraw z mięsa, popijać rumianek i sok brzozowy. Przydałaby się także miechunka. A przed jedzeniem polecam kieliszeczek ginu albo jałowcówki (dlaczego wyjaśnię wkrótce).
Bo oksydaza ksantynowa nie świętuje!
A zamiast objadać się na deser lukrowanymi, wielkanocnymi ciastami lepiej zatańczyć. Zapraszam do mazurka.

Kiedy czytam o tym, ile toksycznych substancji jest w żywności i w powietrzu, na prawdę chce mi się uciec na Alaskę i tam oddychać pełną piersią i jeść nieskażoną żywność. Ale na Alasce musiałabym przez wiele bardzo zimnych miesięcy w roku chodzić w czapce. Kto czytał
Na początku swoich zmagań z podagrą, kiedy zaczęłam czytać w poradnikach dla chorych na dnę moczanową o jej przyczynach, wszędzie obwiniano za nią tylko jedzenie i puryny. Wymyśliłam więc, że skoro jedzenie mi szkodzi, trzeba zrobić „leczniczą głodówkę”.
Podobno Finowie skonstruowali pierwsze drewniane sauny już ponad 2000 lat temu. I do dziś są one bardzo ważną częścią ich codziennego życia.
Na Suwalszczyźnie można zażyć takiej przyjemności w wielu agroturystykach. Najlepiej, kiedy jest bardzo mroźna zima. Fajnie jest potem wskoczyć do lodowatego przerębla.
I pomyśleć, że w tamtych czasach wstęp do term był bezpłatny.
Pobyt w saunie ze smarowaniem ciała pięknie pachnącym miodem to prawdziwe misterium. Można kupić sobie specjalny miód lawendowy do sauny lub użyć zwykłego miodu.
Fora internetowe i wpisy różnych grup aż roją się od zdjęć zmian na języku, dłoniach, wnętrzu ucha, nosa. Każda zmiana powoduje paniczną potrzebę uzyskania natychmiastowej odpowiedzi na pytania: Co z tym zrobić? Co na to polecacie? Co zrobić, żeby jak najszybciej zniknęło? Może woda utleniona ? Może witamina C? Może srebro koloidalne? Może jakieś zioło jest, które zadziała natychmiast?
Przeglądając różne fora i strony internetowe na temat naturalnych metod leczenia zauważyłam, że jako panaceum na wszelkie dolegliwości (czy będzie to boląca głowa, czy boląca noga, czy bolące plecy, czy bolące zęby, czy katar, czy kaszel, czy grzybica, czy swędzenie, czy łupież czy powoli rosnące paznokcie i włosy, czy wreszcie suchość w ustach lub impotencja ) przewijają się na zmianę te same zalecenia. A mianowicie:
Narciarz ze mnie kiepski. Rzadko jeżdżę na nartach. Przede wszystkim dlatego, że od dziecka po prostu nie cierpię noszenia czapki czy czegokolwiek innego na głowie (a bez tego na stoku się nie da) i nie znoszę szarpania się z kombinezonem narciarskim w toalecie.
Teraz już wiem, że, o ile moim wrogiem na stoku jest czapka, to przyjacielem jest czapetka. Jej częściowo rozwinięte pączki kwiatowe, czyli goździki, hojnie dodawane do gara z grzańcem, zawierają zbawienny dla mnie, przeciwzapalny eugenol.
Czasem mam wrażenie, że niektórzy inni narciarze zachowują się na stoku jak Asterix i Obelix po wypiciu magicznego wywaru Panoramixa. Ale to przypisać należy zupełnie innemu niż eugenol i rezweratrol składnikowi w kotle z grzańcem oraz zdecydowanie zbyt wysokim jego dawkom.