Pigwa na modłę starożytną

 

W liceum uczyłam się łaciny. Myślałam wtedy, że przyda mi się ona jedynie do cytowania łacińskich sentencji i wymądrzania się, że wiem, jak brzmią one poprawnie.

Tymczasem wyszperałam w Internecie treść antycznej książki kucharskiej autorstwa Apicjusza „De re coquinaria libri X” i cztery lata łaciny bardzo się przydały.

Translator translatorem, ale dobrze mieć pojęcie o języku, z którego coś się tłumaczy.

Książka opisuje wiele dań, które podawane były podczas uczt rzymskich za czasów cesarza Tyberiusza.

Muszę przyznać, że to bardzo ciekawa lektura.

Na rzymskich stołach gościły ryby, jelenie, dziki. Ale także jeże morskie, strusie, żurawie, koszatki i inne dość nietypowe potrawy. Pojawiały się tam także w wielkiej obfitości owoce i warzywa. Na przykład pigwa.

Kto czytał „Nie być jak Don Kichot” (tutaj), ten wie, że z powodu swoich niesamowitych walorów zdrowotnych pigwa jest w moim domu mile widziana. Teraz czas zbiorów i pigwę mam. Postanowiłam wypróbować to starożytne danie i podzielić się z Wami wrażeniami.

Danie nazywa się PATINA DE CYDONEIS, a oryginalny przepis brzmi:

Mala cydonia cum porris, melle, liquamine, oleo, defricto coques et inferes, vel elixata ex melle.

Pigwa z porami, miodem, garum, oliwą, przetarta i podana, lub gotowana w miodzie.

Jeden ze składników tej skromnej receptury to liquamine, czyli wywodzący się z Grecji sos zwany tam garum. Był to sos ze sfermentowanych rybich wnętrzności z dodatkiem różnych ziół, bardzo ceniony w kuchni starożytnego Rzymu.

W południowych Włoszech wciąż wytwarza się tradycyjne garum. Można je kupić będąc na Wybrzeżu Amalfińskim, a nazywa się ono Colatura di alici. Można je zastąpić wietnamskim sosem rybnym, jest on bowiem podobny w smaku i podobnie wytwarzany.

Wyszukałam w sieci, że tłumacząc ten przepis wszyscy podają, że jest do niego potrzebne defritum, czyli zredukowany przez gotowanie moszcz winogronowy.

Nawiasem mówiąc w starożytnym Rzymie gotowało się defritum w naczyniach ołowianych. Jak sądzą niektórzy badacze, mogło to być przyczyną zatruć ołowiem i szaleństwa, które ogarniało różnych cesarzy. A to być może pośrednio doprowadziło Rzym do upadku.

Moja skromna znajomość łaciny skłania mnie raczej do tłumaczenia, że w przepisie chodzi o przetarcie potrawy przed podaniem, a o defritum nie ma tu słowa.

Może wśród moich czytelników znajdzie się jakiś znawca łaciny i rozwieje wątpliwości?

Nie użyję zatem defritum. Choć w mojej kuchni jest coś, co mogłoby je zastąpić, czyli Petimezi – kreteńska melasa winogronowa. Ona się przyda do innych potraw.

Apicjusz nie podał dokładnej receptury, więc proporcje wymyśliłam sama.

Owoce pigwy powinny być świeżo zerwane. Jeśli leżą dłużej stają się „mączyste”.

  • 2 pigwy należy oczyścić z nalotu i pokroić w kawałeczki (można obrać lub nie – wydaje mi się, że pozostawienie skórki dodaje potrawie aromatu)
  • łyżkę oliwy wlać na patelnię i smażyć powolutku cząstki pigwy z dodatkiem łyżki miodu
  • kiedy owoce zmiękną dorzucić pokrojonego pora (biała część)
  • kiedy por zmięknie dodać garum (Colatura di alici lub sosu rybnego)

I gotowe.

Jeśli moje przekonanie, że receptura zalecała przetrzeć potrawę, jest właściwe, to był to chyba rodzaj deseru.

Ubawiłam się setnie, bo internetowy translator tłumaczy „patina” jako „ładowarka”. Apicjuszowi o to na pewno nie chodziło.

„Złamałam” też przepis Apicjusza. I to nie raz.

A co, inni mogą, a ja nie?

Po pierwsze nie przetarłam potrawy.

Po drugie posypałam ją pieprzem.

W końcu w starożytnym Rzymie dodawano pieprz na przykład do omletu z miodem.

Myślę zatem, że za tę przyprawę dodaną do „Patina de cydoneis” Apicjusz by się nie obraził.

Nie obraził by się pewnie także, że zjadłam tę potrawę jako dodatek do ryżu i paseczków mięsa z piersi kurczaka.

 Gdyby znał ryż, to sam może też tak by ją podał.

Smacznego !

 

źródła:

https://la.wikisource.org/wiki/De_re_coquinaria/Liber_IV_-_Pandecter#II._Patinae_piscium,_olerum,_pomorum.

 

 

 

 

Trzeba nam Salomona

Król Salomon słynął z mądrości.

Można pozazdrościć jemu współczesnym. Jeśli mieli jakieś wątpliwości udawali się po prostu do niego.

A Król Salomon wiedział wszystko. Jego wiedza pochodziła ponoć z jednego, wiarygodnego źródła.

Bowiem jak głosi Pierwsza Księga Królewska „Bóg dał Salomonowi mądrość i rozsądek nadzwyczajny oraz rozum nieogarniony, jak piasek na brzegu morza.”

Dziś mamy Google. Też wszystko wie, tyle, że ta wiedza pochodzi z milionów, czasem sprzecznych ze sobą, źródeł.

Co jakiś czas pojawiają się w mediach nowe informacje wzbudzające burzliwe dyskusje.

A to pewna znana żona pewnego znanego piłkarza napisze, że smalec gęsi jest znakomitym źródłem białka. Wprawdzie smalec to 99% tłuszczu, ale co tam.

Pamiętacie „Skrzypka na dachu” i piosenkę, w której Tewji spiewał:

„And it won’t make one bit of difference, if I answer right or wrong.
When you’re rich, they think you really know!

Bezsensowna wypowiedź na temat gęsiego smalcu, skrytykowana i wyśmiana przez dietetyków i tysiące osób piszących o żywieniu, dla wielu stała się prawdą objawioną.

Innym razem ta sama, skądinąd miłej powierzchowności celebrytka, napisała, że miód jest dobry dla cukrzyków.

I tu znów rzesze dyplomowanych dietetyków wylały na nią lawiny hejtu.

Tymczasem tym razem ta opinia o miodzie nie jest pozbawiona sensu.

Okazuje się bowiem, że opublikowano badania nigeryjskich naukowców, w których stwierdzono, że miód powoduje znacznie niższą odpowiedź glikemiczną w porównaniu do wszystkich innych powszechnie dostępnych cukrów i substancji słodzących i jest dobrym substytutem cukru w diecie diabetyka.

I bądź tu człowieku mądry. Kto ma rozstrzygnąć, czy coś jest właściwe, prawdziwe, czy nie?

Potrzeba nam Króla Salomona.

źrodła:

Erejuwa, Omotayo O. „Honey: Profile and Features: Applications to Diabetes.” Bioactive Food as Dietary Interventions for Diabetes. Academic Press, 2019. 461-494.

Bahrami, Mohsen, et al. „Effects of natural honey consumption in diabetic patients: an 8-week randomized clinical trial.” International journal of food sciences and nutrition 60.7 (2009): 618-626.

 

Co mnie łączy z Karolem Wielkim

Zdjęcie, które ilustruje ten wpis, nie przedstawia mojego ogródka.

Mój zarośnięty jest podagrycznikiem, miechunką, ogórecznikiem i innymi przydatnymi podagrykowi ziołami, przez niektórych zwanymi „zielskiem”.

Często obiecuję sobie, że wreszcie je jakoś okiełznam i wypełnię rabatki ślicznymi roślinkami.

Co jakiś czas dopada mnie frustracja spowodowana ciągłym brakiem czasu na tę zmianę. Ale nie trwa ona długo i kończy się, kiedy w moim ogródku pojawia się nowe „zielsko”. Na przykład łopian.

Łopian większy (Arctium lappa L.) to doskonała roślina dla osób z problemami metabolicznymi. Korzeń łopianu pobudza łagodnie działanie żołądka, trzustki i wątroby. Zwiększa także przesączanie w kłębkach nerkowych. Bardzo poprawia przemianę materii.

Syreniusz pisał o łopianie :

„Scyatykę (rwę kulszową) ratuje/ nasienie iego po quincie albo pułtory/ z dobrym białym winem/ czterdzieści dni porządnie biorąc.”

Zawarta w nasionach łopianu arktigenina ma silne działanie przeciwzapalne, co uzasadnia tę metodę, podobnie jak stosowanie nasion łopianu na dnę moczanową i artretyzm przez niektórych ziołoleczników z XIX wieku.

Korzenie łopianu zbiera się jesienią w pierwszym roku wegetacji, gdy roślina jeszcze nie wytworzyła łodygi kwiatowej lub wczesną wiosną w drugim roku wegetacji. Pokrojone na kawałki suszy się w temperaturze 50 stopni.

Odwar przygotowany z 2 łyżek rozdrobnionego korzenia łopianu należy zalać 2 szklankami wody i ogrzewać do wrzenia. Po 3 minutach gotowania odstawić na 15 minut i przecedzić. Pić 1/2 szklanki 3 razy dziennie po jedzeniu.

Można użyć także soku z łopianu (Succus Bardanae) – 30 kropli na 1/4 szklanki wody 3 razy dziennie po jedzeniu.

Dostępne są też nasiona łopianu w postaci kapsułek. Ale są, nie wiedzieć czemu, tak drogie, że ja ich na pewno nie kupię.

Czasem wstyd mi trochę, że sąsiedzi patrząc na mój ogródek myślą, że taki marny i zaniedbany.

Ale wtedy pocieszam się, że przecież oni zapewne nic nie wiedzą o wydanym za czasów panowania Karola Wielkiego rozporządzeniu „Capitulare de villis”, które zawierało reguły dotyczące zarządzania królewskimi dobrami. Jest tam bezwzględne zalecenie uprawiania w ogrodach królewskich łobody, szarłatu i łopianu większego.

Mam w ogrodzie łobodę, szarłat i łopian. Więc mam, drodzy sąsiedzi, ogród jak sam cesarz Karol Wielki.

Kto czytał „Relaks po cesarsku” (tutaj) ten wie, że lubię też termy w Akwizgranie. Zupełnie jak on.

Szkoda, że z tego, co mnie łączy z Karolem Wielkim „to by było na tyle”.

Ale i tak wydatnie poprawia mi to nastrój.

źródła:

Ling, X., and W. Bochu. „A review of phytotherapy of gout: perspective of new pharmacological treatments.” Die Pharmazie-An International Journal of Pharmaceutical Sciences 69.4 (2014): 243-256.

P.S.

Na Wyspach Brytyjskich od XIII wieku przygotowuje się tradycyjny napój gazowany z fermentowanych korzeni mniszka lekarskiego i łopianu. Nazywa się on „Dandelion and burdock”.

Wymyślił go ponoć św. Tomasz z Akwinu, by praca nad ważnym dziełem filozoficznym szła mu sprawniej. Chyba powinnam zrobić sobie ten napój, by praca nad różnymi moimi „dziełami” szła mi sprawniej. Zaoszczędzony czas przeznaczę na pracę w ogródku. To co się w nim dzieje, to jednak lekka przesada.

Może wypróbuję recepturę z River Cottage?