Czas na ciszę

Jezioro, nad którym uwielbiam spędzać czas, jest strefą ciszy.

Pływają po nim żaglówki, łódki, kajaki i rowery wodne. Tylko od czasu do czasu da się słyszeć śmiechy dzieciaków, które wskakują do wody.

Ostatnio przeraziła mnie informacja, że mieszkańcy okolicznych miejscowości żądają likwidacji strefy ciszy, by przyciągnąć do siebie więcej turystów na skuterach wodnych i motorówkach.

Mam cichą nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie.

Cisza jest bardzo potrzebna, aby zachować zdrowie.

Jak wykazują badania, hałas wpływa na podniesienie ciśnienia krwi, na choroby naczyniowe i na zmniejszenie zdolności uczenia się.

Osoby narażone na ciągły hałas mają także podwyższony poziom katecholamin i kortyzolu, zwanych „hormonami stresu”. Te zaś wpływają negatywnie na układ odpornościowy redukując produkcję przeciwciał.

Przewlekły nadmiar „hormonów stresu” prowadzi do nadmiernej produkcji cytokin, co może powodować lub nasilać choroby układu krążenia, cukrzycę typu 2, depresję i ułatwiać rozwój nowotworów.

Dlatego w najbliższy weekend daruję sobie koszenie trawy i głośne imprezy.

Mam nadzieję, że może uczynią tak także moi sąsiedzi.

Posiedzę nad jeziorem i posłucham ciszy.

Czas na ciszę.

żrodła:

Stansfeld, Stephen A., and Mark P. Matheson. „Noise pollution: non-auditory effects on health.” British medical bulletin 68.1 (2003): 243-257.

Dobre są każde zęby, które prowadzą do gęby

Gdyby „zęby mądrości” były wyznacznikiem mądrości, nie byłoby nic dziwnego w tym, że niektórym ludziom wyrzynają się dopiero pod czterdziestkę.

A niektórym wcale.

„Ósemki” są najbardziej narażone na próchnicę, bo trudno je dobrze wyczyścić.

A próchnica, jako siedlisko bakterii, może mieć bardzo nieprzyjemne skutki dla całego organizmu. Może doprowadzić do wielu poważnych stanów zapalnych nerek, serca, stawów.

Wiele osób usuwa więc „ósemki”, zanim próchnica je zaatakuje. Inną przyczyną usuwania tych zębów jest strach przed brakiem miejsca w ustach dla innych zębów w przyszłości i powstanie defektów w urodzie.

Próchnica może zaatakować każdy ząb. Bakterie, które wywołują próchnicę, siedzą sobie spokojnie w naszej jamie ustnej, czekając na sprzyjające warunki. Wyrwać więc sobie wszystkie zęby i wstawić implanty?

Przegląd badań naukowych, dokonany na Universidade Federal de Minas Gerais w Brazylii wskazuje, że „zęby mądrości” nie mają wiele wspólnego z późniejszymi defektami w uzębieniu. Nie ma też naukowego uzasadnienia ich profilaktyczne usuwanie w strachu przed powikłaniami związanymi z próchnicą.

Po prostu jeśli masz próchnicę to masz kłopot. Niezależnie, które zęby zaatakuje.

Usuwanie „ósemek” wiąże się z ryzykiem powikłań, „suchym zębodołem”, bólem, koniecznością łykania antybiotyków itp.

Wygląda na to, że praktyka usuwania zdrowych „zębów mądrości” przynosi korzyści głównie dentystom.

źródła:

Costa, Moacir Guilherme da, et al. „Is there justification for prophylactic extraction of third molars? A systematic review.”Brazilian oral research 27.2 (2013): 183-188.

 

 

„Oko za oko uczyni świat ślepym”

Kiedy czytam artykuły publikowane w Internecie na tzw. „kontrowersyjne” tematy zawsze przypomina mi się zdanie Mahatmy Ghandiego cytowane w tytule.

Dyskusja, która zwykle rozpętuje się w komentarzach, nie jest wymianą argumentów tylko wzajemnym opluwaniem się i odgryzaniem w stylu „oko za oko”.

Kiedyś, na przykład, przeczytałam, że pewna studentka oburzyła się bardzo, kiedy szanowany profesor wyższej uczelni użył jako ilustracji swojego wykładu zdjęcia roznegliżowanej kobiety. Natychmiast pojawił się komentarz, że ta studentka na pewno jest gruba i brzydka jak noc i że z całą pewnością nigdy nie dane jej było wylegiwać się na wielkim łożu w samych tylko pończochach, bo i tak nikt nie chciałby jej w takim stroju oglądać. Wypowiedź okraszona była masą wulgaryzmów „wygwiazdkowanych” tak, aby nie narazić się na wycięcie przez filtry „przeciwwulgaryzmowe”.

Obrońcy studentki nie pozostali obojętni i odgryźli się natychmiast komentującemu, oceniając dosadnie rozmiar i sprawność jego organu.

On nie pozostał im dłużny i wyraził grubym słowem swoją opinię o lekkim prowadzeniu się matki tej studentki, na co jego adwersarze nie pozostawili suchej nitki na jego przodkach, przypisując im zbrodnie ludobójstwa.

I tak siedzą ludzie przy komputerach i pielęgnują w sobie nienawiść.

Współpracuję czasem z pewnym człowiekiem, który zachowuje się wobec mnie i innych bardzo nieładnie. Szczerze mówiąc, podczas kolejnego spotkania  z przyczyn zawodowych, chciałam mu się trochę odgryźć.

Ale potem pomyślałam, że zaniosę mu maść żywokostową. Pewnie jest taki okropny z powodu bolących stawów, na które ciągle narzeka.

Zrobiłam to dla niego, ale też dla siebie.

Bo, jak powiedział Ali ibn Abi Talib – brat stryjeczny i najwierniejszy przyjaciel Mahometa:

„Im mniej nienawiści, tym więcej zdrowia”.

Rowerem do Delty Dunaju – w poszukiwaniu duszy

Nad Morzem Czarnym

Droga do Ruse, skąd mamy zacząć kolejny etap Eurovelo 6, jest bardzo długa. Przez wiele godzin męczącej podroży tzw. „brygadówką”, która mieści 7 osób, rowery i wszystkie bagaże, słuchamy audiobooka.

Autor, Yuval Noah Harari, w nie pozbawiony dowcipu, erudycji i logiki sposób, dowodzi w niej, że organizmy są algorytmami, uczucia chemią, a człowiek nie ma duszy.

Ruse

W Ruse wsiadamy wreszcie na rowery.

W bardzo skromnym barze, gdzie zjadamy tradycyjne кебапчета, głuchoniema Bułgarka gestami pokazuje uznanie dla naszego rowerowego wysiłku, a na pożegnanie ściska mnie i żegna jak matka dziecko wyjeżdżające na wycieczkę. Wsiadam na rower i po prostu czuję, że nic złego nas w tej podróży nie spotka.

Przez chwilę przypominam sobie fragment wysłuchanego audiobooka i myślę, że kiedyś naukowcy wyprodukują pigułkę, która będzie dawała to samo poczucie pewności i spokoju. Ale trzeba będzie za nią zapłacić. Ja dostałam to uczucie gratis.

Po drodze do Silistry przekonuję się boleśnie, że starożytni Rzymianie nie używali rowerów. Kocie łby na drodze z czasów Cesarstwa Rzymskiego może cieszą historyka, za to ja chętnie bym je sklęła. Ale nie mogę, bo przygryzłabym sobie język. Nie pomaga nawet żelowe siodełko. Jest naprawdę ciężko. Długie, mordercze podjazdy zmuszają nawet największych twardzieli do zsiadania z roweru i prowadzenia go pod górę.

Wilczomlecz

Za to pobocza drogi to raj dla miłośnika roślin. Glistnikiem, który je porasta, można by wyleczyć kurzajki całym Legionom Rzymskim. A szalejem, lulkiem i wilczomleczem, które wszędzie się tam panoszą, udałoby się je skutecznie wytruć.

Pachnie piołun, rzepak, a pszczoły uwijają się jak w ukropie.

W zaroślach, które rozdzielają pola uprawne, ptaki wyśpiewują jak szalone.

Slistra

Wsie i miasta na trasie są zniszczone i brzydkie. Wszechobecną brzydotę rekompensuje nam zieleń, Dunaj i zachody słońca.

Konstanca – kasyno

Wybieramy wariant szlaku wzdłuż morza i trafiamy do Konstancy, miasta o historii sięgającej VI w. p.n.e. Klimatu dodają jej ślady dawnej świetności i portowy charakter.

Siedząc tam w kawiarni przy pięknie pachnącej i pięknie podanej kawie zastanawiam się, jak wyglądała Konstanca (zwana wówczas Tomi) w czasach, kiedy przebywał tu na wygnaniu Owidiusz, autor „Sztuki kochania”.

Chętnie posłuchałabym tego poematu w drodze powrotnej.

Ale zważywszy, że są tam na przykład takie fragmenty:

„Kobiety miewają często

kaprysy niezmiernie głupie

Gdy Ci każą zrobić głupstwo,

podówczas – ze wstydem – zrób je…”

Ale także takie:

„Noc zaciera moc usterek

(zgodzicie się chyba ze mną)

Nocą nie ma brzydkich kobiet

(zwłaszcza gdy jest bardzo ciemno)”.

nie byłaby to chyba trafiona lektura na długi czas podróży. Mogłaby wywołać w naszej męsko-damskiej ekipie zbyt silne emocje.

Plaże Morza Czarnego są szczelnie zabudowane piętrowymi apartamentowcami, a wszędzie tam, gdzie ich jeszcze nie ma, trwa budowa.

Na szczęście udaje się nam obejrzeć piękny wschód słońca na jednej z ostatnich dziewiczych plaż Rumunii – Corbu.

Wreszcie docieramy do Delty Dunaju. Spotykamy tu rozpadające się lepianki kryte strzechą obok odnowionych domków malowanych na niebiesko.

Ten niebieski kolor ma odstraszać komary, które tu podobno są jak konie. Na szczęście na początku tegorocznego maja jest dla nich chyba za zimno.

Gospodarz naszego pensjonatu, o budzącym szacunek imieniu Oktawiusz, zabiera nas swoją łodzią z ryczącym silnikiem na wycieczkę po Delcie Dunaju.

Dziwi mnie, że w rezerwacie biosfery można używać silników spalinowych.

Na pływanie kajakiem mamy jednak za mało czasu. Wymaga to także bardzo dobrego przygotowania, bo w delcie łatwo zabłądzić i trudno znaleźć miejsca na biwak.

Tavi (bo tak zdrabnia się tu imię Oktawiusz) pokazuje nam willę Ceaușescu, pelikany, kormorany i czaple. Zabiera nas także na wydmy i do 500-letnich dębów.

Samochód, którym poruszamy się po suchych, stepowych łąkach pełnych owiec, to „samoróbka” i chyba bez amortyzatorów. Jazda nim po wertepach to prawdziwe wyzwanie. Znów nie mogę sobie ponarzekać, bo boje się, że przygryzę sobie język.

Na obiad w czasie tej wycieczki dostajemy świetną zupę rybną, a na drugie danie smażone ryby. Pyszne.

Ale ogromne ości zagrażają naszemu życiu.  Zastanawiamy się, czy na deser też będzie ryba. Uff, na stole ląduje ciasto.

Delta Dunaju żyje trochę jak świat odcięty od świata. Do niektórych miejsc da się dopłynąć tylko łodzią. Ludzie głównie łowią ryby. A ryb jest tu bardzo dużo. Nawet pelikany, które zjadają ich dziennie 5 ton, nie są w stanie zagrozić połowom.

Małe i kryte strzechą domki otaczają drewniane płoty, a w przydomowych ogródkach rosną warzywa.

Życie toczy się powoli, a do niektórych miejsc prom dociera tylko raz dziennie.

W Tulczy, ważnym porcie na Dunaju, dostępnym dla statków morskich, Eurovelo 6 się kończy. Czas wracać.

Sigishoara

W drodze do domu zahaczamy o Sigishoarę. Spacerując zaułkami tego średniowiecznego, uroczego miasta, przypominam sobie, jak pewnego dnia naszej wyprawy udało się nam w ostatniej chwili uciec przez ogromną burzą. Siedzieliśmy bezpieczni w restauracji, a tuż obok, na drugim brzegu Dunaju, szalało tornado.

I wtedy gdzieś w głębi duszy (której podobno nie mam) po prostu czuję, że to rumuńskie tornado ominęło nas dzięki błogosławieństwu pewnej uśmiechniętej bułgarskiej staruszki.

Wielki Brat patrzy

Dawno temu całonocna lektura wydrukowanej na powielaczu książki Orwella „Rok 1984” bardzo mną wstrząsnęła.

Ale przerażenie wizją orwellowskiego świata szybko zniknęło. Bo tak naprawdę, w głębi swojej młodzieńczej wówczas duszy, byłam całkowicie pewna, że wizja ta nigdy się nie ziści. Miałam głębokie przekonanie, że walka z systemem, który mógł potencjalnie do takiego świata prowadzić, zakończy się wkrótce sukcesem.

I tak się stało.

Kiedy ostatnio ponownie sięgnęłam po „Rok 1984”, tym razem w nowoczesnym, elektronicznym wydaniu, nie spodziewałam się, że tak mnie ta lektura przerazi. A to dlatego, że to, co wiele lat temu wydało mi się całkowicie niemożliwe, staje się powoli faktem.

Nie chodzi tylko o to, że jesteśmy obserwowani ze wszystkich stron i że bazy danych wiedzą o nas wszystko. Coraz częściej ta wiedza jest wykorzystywana, by traktować nas jak dzieci, którym coś trzeba nakazać lub zakazać. Dla ich dobra oczywiście.

Na przykład w Norwegii mocny alkohol sprzedawany jest tylko w państwowych sklepach sieci Vinmonopolet. Co więcej, kto jest w nich częstym bywalcem musi się liczyć z tym, że zapuka do jego drzwi pracownik opieki społecznej nalegając na przyjęcie pomocy w wyjściu z alkoholowego nałogu.

Systemy gromadzą coraz więcej danych o ludziach i ich genach, chorobach, przypadłościach.

Po wieczornej lekturze Orwella miałam taki sen:

Jest już ciepło, z wielką radością przygotowuję otwarcie sezonu na Mazurach i robię zakupy. W sklepie mięsnym sprzedawca skanuje mi tęczówkę oka i oznajmia:

„Zalecenie ograniczenia spożycia mięsa. W tym miesiącu Pani limit jest wyczerpany”.

Proszę go, mówię, że jest przecież zaraz weekend. Że będę miała gości. Że może przerzuci ten zakup do mojego limitu następnego miesiąca. Że jeśli sama zjem trochę mięsa to niewiele i to z buraczkami, bo wiem o równowadze kwasowo-zasadowej, bo przecież sama o niej pisałam na blogu…

Ale on jest nieubłagany.

W kolejnym sklepie nie mogę też kupić piwa. Podagrykom piwo jest zabronione.

Mój pomysł na weekendową niespodziankę dla gości, czyli myśliwski kociołek z mięsem i furą warzyw, przygotowany w ognisku i podany z dobrym piwem, upada.

Ta wizja tak mnie przeraziła, że zaraz po wstaniu z łóżka popędziłam kupić żeberka.

Póki jeszcze mogę.

 

 

 

 

Lubię pościć

Jadąc latem metrem usłyszałam, jak ktoś chwalił się przez telefon, że będzie uprawiał w weekend „spacering”, „plażing” i „grilling”.

A znów pewna moja znajoma zapewniała mnie, że będzie intensywnie „inwestygować” w jakiejś interesującej mnie kwestii.

Mamy duże tradycje w zapożyczaniu różnych słów z obcych języków. Makaronizmy, rusycyzmy, anglicyzmy to w naszym języku chleb powszedni.

Jest tak od wieków. Można się na to obruszać, ale język żyje, powstają nowe słowa, a czasem istniejące nabierają innego znaczenia. I tak już musi być.

Słowo POST też nabrało ostatnimi laty nowego znaczenia.

Dla wielu ludzi post to teraz wpis na blogu, a więc „pościć” mogłoby oznaczać „pisać wpisy na blogu”.

Wprawdzie językoznawcy zapewne powiedzą, że jeśli już, to trafniej byłoby mówić „postować”.

Ale co tam, „pościć” jest krótsze, co wpisuje się w tendencję do skracania słów. Poza tym niech to będzie moja „licentia poetica”, która pozwala na odstępstwa od norm językowych.

Dziś więc „poposzczę” na temat postu. Wielkiego Postu.

W ubiegłym roku pisałam o tym, że przez 40 dni wypróbowywałam dawne wielkopostne zwyczaje. Moje zachwyty nad efektami takiej diety spowodowały, że wielu moich znajomych i czytelników zaczęło pytać o szczegóły.

Zatem proszę:

Śniadanie to żytni chleb z powidłami śliwkowymi albo marmoladą z pigwy (o pigwie więcej można poczytać tutaj). Do tego kawa żołędziowa.

Obiad to pieczony (albo gotowany w mundurku) ziemniak z dodatkiem posiekanej cebuli polanej olejem lnianym albo konopnym, albo gotowane ziemniaki ze śledziem w oleju, albo żur (okraszony olejem albo mlekiem), albo kapuśniak z kiszonej kapusty z ziemniakami zagęszczony upaloną na patelni mąką, albo ziemniaki z gzikiem (chudy twaróg wymieszany z posiekaną cebulą).

Dwa razy w tygodniu ryba z ziemniakami i kiszoną kapustą albo zapiekanka z ryby, ziemniaków i kiszonej kapusty (przepis tutaj).

Kolacja to żytni chleb ze śledziem w oleju z lnianki (o oleju z lnianki więcej tutaj). Albo grzanki polane olejem i posypane mielonym kminkiem i odrobiną soli, a do tego grzane piwo z goździkami i żółtkiem.

Na przekąskę pieczone jabłko, albo prosty kisiel owsiany zrobiony według najprostszego przepisu:

0,5kg płatków owsianych, 1,5l przegotowanej ciepłej wody, 2 dag drożdży i 2 kromki chleba razowego wymieszać i zostawić na 24 godziny. Potem  przetrzeć masę przez sito i zagotować. Można zrobić go też według różnych innych, bardziej wyrafinowanych przepisów, ale z braku czasu ja zostałam przy tym łatwym sposobie.

Ten kisiel można jeść z olejem lnianym albo z miodem.

Przez cały dzień popija się kawę żołędziową, wodę i napar z kwiatów lipowych.

Mogłoby się wydawać, że to proste monotonne menu jest przez 40 dni nie do zniesienia. A jednak…

Po 40 dniach czułam się jak „młody bóg”. I pewnie nic dziwnego.

W końcu profesor Yoshinori Ōsumi, laureat Nobla 2016 w kategorii Medycyna, udowodnił (oczywiście mówiąc w dużym uproszczeniu), że w czasie postu nasze komórki rozkładają i „zjadają” uszkodzone fragmenty samych siebie. Smacznego im życzę. Niech się opychają.

Ja będę teraz 40 dni pościć i „pościć”. Bo lubię.

 

 

 

 

Chrzanić podagrę !

Czasem zdarzało mi się trafiać w czasie podróży w bardzo zaskakujące miejsca. Chciałoby się spacerować godzinami i napawać urodą oraz zadziwiającym spokojem miasta, do którego zawiódł mnie kiedyś całkowity przypadek.

Ale atak dny moczanowej może zupełnie zepsuć ten idylliczny obrazek i zamiast cudownego, romantycznego spaceru nad kanałem, „Awantura w Chioggi” gotowa.

No bo przecież komuś musi się dostać za mój bolący paluszek. A komu, jak nie mężowi?

Ale sama awantura nie pomoże. Jak tu sobie poradzić, kiedy paluch boli, jakby diabli go dopadli?

Wizyta u lekarza odpada. Na pewno dostałabym kolchicynę, a ona jest silnie toksyczna (nawet w dawkach leczniczych). Moja wątroba podagryka i tak ma ciężko (o czym było tutaj), więc na pewno nie będę jej dokładać czegoś takiego.

Na szczęście jest coś, co po włosku nazywane jest tartufo dei poveri – trufla biednych.

Ach jak ja lubię tych południowców! To na prawdę bajeranci pierwszej klasy. Potrafią pięknie mówić nawet o zwykłych, banalnych rzeczach. A tu mowa o rafano, co po polsku oznacza zwykły chrzan.

Świeży korzeń chrzanu zawiera synigrynę, która po roztarciu rozpada się uwalniając izosiarkocyjanian allilu, silnie drażniący skórę i wywołujący jej rozgrzanie, a przez to zmniejszenie dolegliwości bólowych.

Okład ze świeżo startego chrzanu na bolący paluch będzie więc jak znalazł. Pamiętać trzeba tylko, by nie trzymać go zbyt długo. Jak tylko zacznie mocno piec, trzeba go usunąć, a skórę wytrzeć i posmarować oliwą.

Pozostałą część startego korzenia można zużyć na rafanatę, czyli rodzaj włoskiego omletu z chrzanem, zapiekanego w piecu.

Przepis na tę prostą potrawę znajdziecie tutaj.

Pochodzi on z Aliano, położonego we włoskim regionie Basilicata, gdzie potrawa ta jest tak popularna, że ma w stolicy regionu – Potenzy – własny festiwal.

Festiwal ten, zwany Sagra della Rafanata, odbywa się w Martedi Grasso (Tłusty Wtorek), czyli w nasze „ostatki”.

Rafanata jest smaczna. Można ją sobie zrobić też w zupełnie innym mieście.

I popić białym winem.

I chrzanić podagrę!

All you need is love

„Panowie miłościwi, czy wola wasza usłyszeć piękną opowieść o miłości i śmierci?

To rzecz o Tristanie i Izoldzie królowej.

Słuchajcie, w jaki sposób w wielkiej radości, w wielkiej żałobie miłowali się, później zasię pomarli w tym samym dniu, on przez nią, ona przez niego”

(Joseph Bédier – tłumaczył Tadeusz Boy – Żeleński)

Celtycka legenda o miłości Tristana i Izoldy jest kanwą wielu dzieł muzycznych, literackich i filmowych do dziś.

Miłość to wielka siła. Od zawsze ludzie mówili, że można „umrzeć z miłości”, i że „miłość wszytko uleczy”,  i że „wszystko wybaczy”.

Wiele mostów na świecie ugina się pod ciężarem kłódek zapiętych przez zakochanych.

W 2014 roku z powodu tych metalowych symboli nierozerwalnych uczuć urwała się część konstrukcji paryskiego Pont des Arts .

Z Mostu Hohenzollernów w Kolonii usunięto ich 40 ton.

Ponte Vecchio

A we Florencji pary ryzykują sporym mandatem na Ponte Vecchio chcąc pozostawić na nim ślad swojego wielkiego uczucia.

O miłości mówi się nieustannie, pisze i śpiewa.

Nic dziwnego, że naukowcy wzięli się w końcu poważnie i za miłość.

Norniki preriowe są bardzo podobne do ludzi w nawiązywaniu relacji. Stały się więc dla badaczy źródłem bardzo wielu cennych obserwacji i odkryć.

Ważną rolę w „biochemii miłości” odgrywa oksytocyna, która oprócz wielu różnych działań, ma ochronny wpływ na serce. Co więcej potrafi je też regenerować nawet po bardzo wielkim stresie.

Nic dziwnego, że serce kojarzy się z miłością. A powiedzenie, że „lekarstwem na nieszczęśliwą miłość jest inna miłość” nabiera sensu.

Naukowcy badają kolejne elementy „biochemii miłości” i ich wpływ na zdrowie.

Ja i bez ich badań czułam zawsze, że miłość to jest bardzo dobre lekarstwo – na wszystko.

Kochajmy się !

 

źródła:

Carter, C. Sue, and Stephen W. Porges. „The biochemistry of love: an oxytocin hypothesis: Science & Society Series on Sex and Science.” EMBO reports 14.1 (2013): 12-16.

 

Gorączka sobotniej nocy

Jedną z chorób z dzieciństwa pamiętam bardzo dokładnie. Leżałam w łóżku, a przez kilka godzin przed oczami miałam ogromne, świecące kule, podobne do tych wiszących u sufitu w dyskotece. Myślę, że musiałam mieć wtedy ponad 40 stopni gorączki. Rodzice na zmianę przynosili mi coś do picia i kładli na czole mokry, chłodny ręcznik.

Było to w zamierzchłych czasach, kiedy dzieci w czasie przerwy w szkole zwykle grały „w gumę”, „w zośkę”, albo skakały na skakance. Po szkole zaś zwisały najchętniej głową w dół na trzepaku, a czasem chorowały i miały gorączkę.

Z czasem wszystkich zaczął ogarniać strach przed gorączką. Stał się on na tyle poważną sprawą , że w 1980 roku Barton D. Schmitt wprowadził pojęcie „fobii gorączkowej” („fever phobia”), czyli NIEUZASADNIONEGO lęku przed gorączką i możliwymi poważnymi powikłaniami.

A przecież gorączka jest normalną fizjologiczną reakcją organizmu na patogeny (bakterie, wirusy) czy inny czynnik stresogenny (alergeny, toksyny). Gorączka „trenuje” nasz system immunologiczny i nie pozwala mu się rozleniwić.

Podwyższona temperatura uaktywnia nam też „białka szoku termicznego” (heat shock proteins), o których wspominałam już we wpisie „Sauna da się polubić i fałdki” (tutaj).

Wszyscy bardzo boją się gorączki, tymczasem, jak widać z zestawienia poniżej, dopiero gorączka powyżej 40,5°C stopni to gorączka wysoka, kiedy rzeczywiście trzeba zadbać o jej obniżenie do poziomu akceptowalnego przez nasz mózg.

  • 37-38,0°C – stan podgorączkowy
  • 38,0-38,5°C – gorączka nieznaczna (niska)
  • 38,5-39,5°C – gorączka umiarkowana
  • 39,5-40,5°C – gorączka znaczna
  • 40,5-41,0°C – gorączka wysoka

Nieustanna walka z gorączką za wszelką cenę może prowadzić do tego, że przestaniemy w ogóle gorączkować. A to, zdaniem naukowców, może być dla zdrowia bardzo niebezpieczne.

Jedynie u niemowląt (do dwóch miesięcy), które nie mają jeszcze dobrze wykształconego układu immunologicznego, każda gorączka może budzić niepokój. Powinna być skonsultowana z lekarzem, który potrafi ocenić, czy inne objawy kliniczne (oprócz samej gorączki) mogą wskazywać na jakąś poważną chorobę.

Thomas Sydenham (słynny lekarz, nazywany „angielskim Hipokratesem”, wspominany już tutaj), mój XVII-wieczny „kolega – podagryk”, pisał:

„Gorączka jest potężnym motorem, który Natura daje światu, aby zwalczył jej wrogów”.

Wygląda na to, że miał rację.

Coraz częściej pojawiają się publikacje opisujące przypadki remisji nowotworu wkrótce po ostrej infekcji przebiegającej z wysoką gorączką.

Może więc zamiast sięgać przy gorączce po reklamowane w telewizji i bardzo skuteczne środki przeciwgorączkowe, lepiej użyć soku z malin i chłodnego (nie zimnego) kompresu na czoło?

Kto wie, może ochroni to nas przez czymś znacznie gorszym niż parę godzin oglądania świetlistych, kolorowych dyskotekowych kul?

źródła:

Schmitt, Barton D. „Fever phobia: misconceptions of parents about fevers.” American journal of diseases of children 134.2 (1980): 176-181.

Hobohm, Uwe. „Fever and cancer in perspective.” Cancer Immunology, Immunotherapy 50.8 (2001): 391-396.

Køstner, Anne Helene, et al. „Regression in cancer following fever and acute infection.” Acta Oncologica 52.2 (2013): 455-457.

 

Ja lubię jeść

Lubię jeść. Posiłki w towarzystwie najbliższych i przyjaciół to dla mnie wielka przyjemność.

Dla naprawdę oryginalnej, dobrze przygotowanej potrawy potrafię przejechać sporo kilometrów.

Pamiętacie tę piosenkę Gdańskiej Kapeli Podwórkowej – zespołu złożonego z pracowników służby zdrowia?

Niestety galarety i kotlety to nie jest najodpowiedniejsze pożywienie dla podagryka. Więc staram się wołać na nie „cześć” tylko od czasu do czasu.

Co jakiś czas ktoś usiłuje mnie przekonać, że tylko będąc weganką będę zdrowa i szczęśliwa. Zdrowa – bo dieta wegańska jest super, a szczęśliwa – bo nie będę jeść mordowanych zwierząt ani ich wykorzystywać na przykład pijąc mleko.

Fakt, kiedy zaczynam myśleć, że kotlet był kiedyś żywą świnką, na przykład taką, jaką widziałam w Serbii nad Dunajem, zaczynam rozważać wegetarianizm.

Ale nie weganizm.

Dlaczego?

Aby żyć musimy dostarczać organizmowi aminokwasy egzogenne, czyli takie, których sami nie jesteśmy w stanie syntetyzować. Jest ich dla dorosłego człowieka 8, a dla dziecka aż 10.

Brak któregokolwiek z nich uniemożliwia przyswajanie białek w ogóle.

Każde pożywienie pochodzenia zwierzęcego zawiera wszystkie egzogenne aminokwasy. Pożywienie roślinne nie. Na przykład soja nie zawiera metioniny i lizyny, a zboża lizyny, tryptofanu i izoleucyny.

Dlatego weganie muszą bardzo dbać o to, aby w ich codziennej diecie znalazły się takie produkty roślinne, które W SUMIE dostarczą im wszystkie aminokwasy egzogenne.

Ileż to z tym zachodu. Zwłaszcza, kiedy się często podróżuje (jak ja) i ma ciągle masę różnych zajęć.

Tyle rzeczy jest przecież do zrobienia oprócz jedzenia.

Już mniej kłopotów z jedzeniem mają wegetarianie. Wystarczy, że dorzucą do swoich potraw jajko i wszystkie niezbędne aminokwasy mają jak znalazł.

I nie tylko aminokwasy. O jajkach pisałam też przy okazji wątroby (tutaj).

Więc jeśli już kiedykolwiek kotletom i galaretom zamiast „cześć” powiem „adiós”, to zostanę wegetarianką.