Z wizytą u Flamandów

Czasem patrząc na Księżyc w pełni możemy zobaczyć na nim kratery.

Z Księżyca natomiast można podobno dostrzec nocą pewną stworzoną ludzką ręką konstrukcję – oświetlone latarniami autostrady w Belgii.

Tymi właśnie autostradami wybrałam się na wycieczkę po Flandrii.

Pamiętacie pedantycznego Herculesa Poirot – detektywa z powieści Agaty Christie? Jego ojczyzną pisarka uczyniła właśnie Belgię, a konkretnie Spa, miejscowość uzdrowiskową, słynącą z gorących źródeł.

Uzdrowisko podupadło i w pijalni wód, w której leczył się Henryk VIII, Piotr I Wielki, Viktor Hugo i Alexander Dumas jest teraz pub. Ale nowe Thermes de SPA na wzgórzu przyciągają turystów, którzy wjeżdżają do nich w białych szlafrokach wprost z hotelu przeszklonymi wagonikami kolejki.

Moda na leczenie naturalne powraca, więc pewnie Spa, od którego nazwy pochodzi nazwa wszystkich ośrodków SPA na świecie, wróci do dawnej świetności. Mają tu przecież lecznicze wody i piękne kasyno z 1769 roku.

Wody w Spa leczą między innymi choroby reumatyczne i dobrze działają na stawy.

Woda w termach ma bardzo przyjemną temperaturę. Jest spokojnie i cicho. Pewnie dlatego, że mało tam dzieci, a i dorośli Belgowie zachowują się w basenach jak detektyw Hercules Poirot, a nie jak porucznik Colombo czy pewien znany u nas detektyw – celebryta.

Belgijskimi autostradami jedzie się wygodnie i bezpiecznie, co bardzo zachęca do dalszej podróży.

Dwie godziny jazdy od Spa ( (o ile nie trafi się na koniec pracy urzędników w Brukseli) leży Gandawa. Zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia.

Na ulicach królują rowerzyści, piesi i cicho, powoli sunące i ogromne tramwaje.

Kierowcy samochodów przemierzają miasto powolutku i ma się wrażenie, że starają się umknąć gdzieś czym prędzej, jakby było im po prostu głupio. Gandawa to miasto dla ludzi.

Na szczęście nie ma w niej jeszcze tak wielu turystów, jak w niedalekiej, przepięknej Brugii.

Swoimi kamieniczkami, czarnymi parasolami kawiarnianymi i stukotem końskich kopyt o bruk Brugia przywodzi na myśl obrazy flamandzkich mistrzów.

Ech, gdyby tak mogli zniknąć na chwilę wszyscy inni turyści…

I gdyby brabanckie koronki w sklepach były brabanckie, a nie chińskie…

W Muzeum Memlinga można odbyć krótką wirtualną podróż po Brugii z czasów jej świetności.

Aż prawie żal zdejmować z głowy ten niewygodny sprzęt, który na chwilę pozwala zanurzyć się w przeszłości.

Belgia jest ojczyzną brukselki. Ale w restauracjach próżno szukać tego warzywa. A przecież takie bogate w witaminę C, błonnik, potas, magnez, witaminy A, B, B1, B2, B3 i kwas foliowy.

Za to wszędzie można kupić frytki z majonezem, gofry i mule czyli omułki.

Bardzo lubię owoce morza.

Dla podagryka owoce morza to owoce zakazane.

Ale Belgowie robią je tradycyjnie w sposób, który pozwolił mi je wcinać bez wyrzutów sumienia. Otóż duszą je w winie z dodatkiem selera naciowego. Kto czytał mój wpis o selerze (tutaj), ten wie, dlaczego tej potrawy tak bardzo się nie boję.

Mule są afrodyzjakiem. Czekolada, z której Belgia słynie, też. Ciekawa jestem, dlaczego Casanova, lubiący przecież miłosne uciechy, był z pobytu w Spa bardzo niezadowolony.

„Nie wiem, z jakiego powodu każdego lata wszystkie europejskie nacje zbierają się tu, żeby robić idiotyczne rzeczy” – pisał w pamiętniku.

Może jadł mule i czekoladę i  frustrowała go powściągliwość i lekki chłód belgijskich dam? Kto wie.

W każdym razie ja jestem z pobytu w Spa i w ogóle w Belgii bardzo zadowolona. A do Gandawy kiedyś jeszcze wrócę. Na rowerze.

 

 

Akwizgran – relaks po cesarsku

Niemieckie Aachen jest miastem tak starym, że ma swoje nazwy w wielu językach. Po polsku nazywa się Akwizgran, po francusku Aix-la-Chapelle, a po niderlandzku Aken.

Akwizgran przywitał mnie słońcem i całym mnóstwem brzozowych gałęzi ozdobionych krepiną.

Pierwszego maja miejscowi chłopcy stawiają bowiem pod oknem wybranki taką dekorację, wyrażając tym swoje uczucia.

Przemierzyłam pół miasta w poszukiwaniu restauracji, która nie byłaby włoską trattorią lub kebabem. Lubię włoskie jedzenie, ale nie po to jechałam ponad tysiąc kilometrów na koniec Niemiec, żeby jeść spaghetti. Lubię jeść „lokalnie”.

Na szczęście po otwarciu kolejnych drzwi restauracji poczułam zapach kiszonej kapusty. Od razu wiedziałam, że tu będzie i wurst, i sauerkraut, czyli kiełbasa i kiszona kapusta. Do tego weissbier (czyli białe, pszeniczne piwo).

 

Jeśli ma się dnę moczanową, a lubi się piwo, to takie właśnie powinno się wybierać.

Przysporzy nam ono bowiem o połowę mniej kwasu moczowego niż zwykłe.

Początek maja to czas „spargel woche”, czyli „szparagowego tygodnia”. Można więc spróbować lokalnych specjałów ze szparagów.

A szparagi mają tam nie byle jakich rozmiarów.

Kto czytał przepis na karbowane wstążki ze szparagami i kaparami (tutaj), ten wie, że są one ostatnio zalecane podagrykom (ale tym, którzy nie mają kamieni nerkowych).

Mięso i piwo to nie jest najlepszy zestaw dla chorych na dnę moczanową, ale na szczęście w każdym warzywniaku mogłam kupić physalis, czyli miechunkę. Jak pisałam w „Miechunka – zdrowie w kielichu” (tutaj) jest ona inhibitorem XO i usuwa kwas moczowy. Więc hulaj dusza…

Po obiedzie i miechunkowym deserze spokojnie można zacząć wreszcie zwiedzać miasto.

Oczywiście kluczowym punktem zwiedzania Akwizgranu jest katedra.

Można zobaczyć w niej złoty relikwiarz z Wielkimi Relikwiami Akwizgrańskimi i ogromny kandelabr podarowany przez cesarza Barbarossę.

Nawiasem mówiąc ten sam Barbarossa zaprosił kiedyś na oficjalne spotkanie Hildegardę z Bingen, której śladami podążałam po opuszczeniu Akwizgranu. (O Hildegardzie można poczytać tutaj).

Atrakcją Akwizgranu jest też XIV-wieczny ratusz, zbudowany na ruinach pałacu Karola Wielkiego. Na placu przed ratuszem można wypić dobrą eiscafe, czyli mrożoną kawę z furą bitej śmietany i lodami waniliowymi.

Kto jest bardziej powściągliwy, może zjeść słonego, tradycyjnego precla, siedząc na schodach na tyłach ratusza.

Nie byłabym sobą, gdybym w tym mieście nie odwiedziła Term Karola, które zasilane są wodą siarkową o właściwościach znanych już w czasach Pepina Małego (zwanego też Krótkim), ojca Karola Wielkiego.

Od wieków leczyło się tu podagrę.

Siedząc w ciepłym, siarkowym basenie i wystawiając twarz na wiosenne słońce, myślałam o tym, jak miło byłoby móc korzystać z tutejszych wód tak często, jak by się chciało.

Tak, jak niegdyś lubił to robić cesarz Karol Wielki.

To by było klawe życie.

 

Drzewa umierają stojąc

Zawsze, kiedy widzę ogromne drzewa, przypomina mi się wiersz Brzechwy:

„Drzewo jest mocniejsze niż lew i niż wół,
Drzewo nawet przerasta żyrafę,
A człowiek jak zechce, to zrobi z drzewa stół
Albo drzwi, albo nawet szafę.”

To fakt, możemy zrobić z drzewami, co zechcemy.

Czasem wycinamy je na dom czy meble i dajemy im „drugie życie” na wiele lat.

Ale czasem skazujemy je na śmierć tylko dlatego, że zrzucają jesienią liście , które musimy sprzątać, rozsadzają korzeniami kostkę brukową na podjeździe albo zasłaniają światło w salonie.

A przecież produkują tlen, dają zbawienny cień w upały, stabilizują klimat.

Leczą.

Na przykład wiąz.

W fitoterapii stosuję się jego liście, gałązki, korę, pączki i kwiaty.

Odwary z wiązu łagodzą stany zapalne nerek i pomagają w chorobach zwyrodnieniowych stawów.

Wystarczy zagotować czubatą łyżkę rozdrobnionej kory lub liści (świeżych albo suszonych) w szklance wody przez 15 minut, a potem odstawić na pół godziny i po przecedzeniu i dosłodzeniu miodem wypić. Pączki i kwiaty zaparza się przez 15 minut w gorącej wodzie lub mleku. Kurację wiązową stosujemy przez dwa tygodnie.

Ernest Bryll pisał w „Balladzie o drzewach”:

„A chociażby je pocięli piłami
A chociażby je kładli pokotem
Nikt nie powie
– Drzew zabijać nie wolno.”

Ja powiem.

Drzew zabijać nie wolno!!

Pielęgnujmy i sadźmy drzewa.

 Zobaczcie, jakie to proste.

"Mateřský strom" s polskými titulky… Děkuji za sdílení…

Opublikowany przez Vaclav Rathouský Piątek, 30 sierpnia 2019

Impreza „full wypas”

„Czarna krowa w kropki bordo
gryzła trawę kręcąc mordą.
Kręcąc mordą i rogami
gryzła trawę wraz z jaskrami”.

Tak pisała kiedyś w „Misiu” Hanna Łochocka o krowie, której wyrafinowane umaszczenie wymyśliła wcześniej Wanda Chotomska.

Odczuwam swoistą więź z ową krową w kropki bordo od chwili, w której dane mi było jeść jaskry rozłogowe. A było to podczas warsztatów prowadzonych na nadbużańskich łąkach przez eksperta od dzikiej kuchni, profesora Łukasza Łuczaja.

Zaskakujące, jak wiele roślin nadaje się do jedzenia.

Wielką niespodzianką były dla mnie frytki z korzenia mikołajka płaskolistnego (Eryngium planum L.).

Znałam tę roślinę i interesowałam się nią już wcześniej. Bowiem, jak pisał Syreniusz, leczy ona „wszelkie niedostatki z zamulenia nyrek” oraz „z pitym miodem/ kamień z nyrek wywodzi/ przez piętnaście dni rano naczczo y na noc/ kładąc się daiąc”.

Ale nie przypuszczałam nawet, że tak smaczne są korzenie mikołajka.

Człowiek uczy się całe życie.

Wypas zwierząt gwarantuje różnorodność roślin na łąkach. Zniesienie wypasu w parkach narodowych spowodowało zarastanie łąk lasem.

Dlatego na chronionych obszarach wprowadzono zezwolenia na tzw. kontrolowany „wypas kulturowy”, który pozwala zapobiegać temu zjawisku.

Na szczęście na łąkach nadbużańskich nadal wypasa się krowy.

Dzięki temu jest tam wielkie bogactwo roślin, a warsztaty nad Bugiem były imprezą naprawdę „na wypasie”.

I powiem Wam, że był to wypas nie tylko wielce kulturowy, ale także wielce kulturalny.

Ciężki żywot czeladnika

Od kilku miesięcy próbuję zrobić wszystko, aby moja zmywarka znów zaczęła zmywać.

Wzywam różnych rzemieślników, specjalizujących się ponoć w naprawianiu AGD, ale ona nadal nie działa.

Widać fachowcy Ci nie są mistrzami w swoim fachu.

 

Kiedyś, aby zostać mistrzem w jakimś rzemiośle, trzeba było się długo uczyć, zdać egzamin na czeladnika, a potem jeszcze długo terminować u mistrza. I wreszcie samemu zostać mistrzem. Dziś w niewielu zawodach jeszcze ten zwyczaj pozostał.

Może u piekarzy?

W branży serwisu AGD raczej już nie.

Nauka u mistrza pozwalała nie tylko utrwalić swoją wiedzę, ale także zdobyć zupełnie unikalne umiejętności, które tylko dany mistrz posiada.

Ja w zielarstwie jestem na razie czeladnikiem. Zdałam już kilka egzaminów i mam kilka dyplomów, ale teraz muszę jeszcze „poterminować” u Mistrza.

Powiem Wam, że nie jest łatwo. Mistrz nie ma taryfy ulgowej dla swoich uczniów.

Brniemy za nim kilka godzin korytem rzeki po kostki albo aż po kolana w zimnej wodzie, po ostrych i śliskich kamieniach, wspinamy się na pionowe zbocza albo schodzimy z nich po błocie.

Mistrz od czasu do czasu pokazuje nam jakąś bardzo ciekawą roślinę lub wspomina o takim zastosowaniu innej, którego dotychczas zupełnie nie znałam.

Tak właśnie było na ostatnim „spacerze” korytem Jasiołki. Owoce derenia znam i znam ich wspaniałe właściwości zdrowotne. Ale nowością było dla mnie, że odwar z liści derenia jest bardzo skuteczny przy dnie moczanowej.

Obniża poziom kwasu moczowego i usuwa guzki dnawe.

Pamiętacie film Kill Bill?

Mistrz Pai Mei dawał nieźle w kość Czarnej Mambie.

Beatrix Kiddo (mało kto pamięta, że tak nazywała się główna bohaterka) musiała znosić wiele trudów ucząc się od niego.

Ale wysiłek się opłacił. Została mistrzynią w sztuce władania mieczem samurajskim, a na dodatek Pai Mei zdradził jej sekret.

Kto wie, może i mój Mistrz zdradzi mi też kiedyś jakąś tajemnicę.

Może nie będzie to „Pięć Kroków Eksplodującego Serca”, ale coś równie spektakularnego.

A Hattori Hanzo wykuje dla mnie specjalny miecz do ścinania ziół.

Hattori Hanzo nie żyje – powiecie.

Oj tam, oj tam…

Przyprawić gjuwecz i życie

Sozopol

Mój pierwszy wyjazd do Bułgarii pod koniec lat 80-tych kojarzy mi się z pustymi sklepami, w których były tylko маслини (masliny), czyli oliwki, кисело мляко (kisieło mliako), czyli absolutnie obłędny jogurt, chleb, który trzeba było zamawiać na następny dzień, кашкавал (kaszkawał), czyli ser z owczego mleka, бяло сирене (biało sirenie), czyli biały ser szopski, a także przyprawy i wino.

Pięknie pachnący i serwowany w glinianym garnku гювеч (gjuwecz) był tylko marzeniem. W restauracjach była tylko lemoniada i snujący się leniwie personel. 

Na szczęście od okolicznych mieszkańców można było kupić paprykę, pomidory i jajka. Oni zaś chcieli od nas kupić dosłownie wszystko, od parasolki po butlę gazową, kuchenkę i namiot.

Dwutygodniowa dieta złożona prawie wyłącznie z jajek, sera, chleba, sałatki z papryki, pomidorów i oliwek popita jogurtem i odrobiną wina zaowocowała moją piękną cerą i znakomitym samopoczuciem. 

Od gospodyni, u której mieszkaliśmy wraz z moim niedawno wówczas poślubionym mężem, dowiedziałam się, jak ważna na bułgarskim stole jest лютеница (ljutenica), czyli pikantna pasta z dużym udziałem papryki oraz чубрица (czubrica).

Gospodyni pouczyła mnie też, że czubricę, w przeciwieństwie do innych przypraw, mogę dodawać do wszystkiego. Do sera, do mięsa, do fasoli, do potraw z warzyw i do jajek. 

Cząber górski (Satureja montana)

Bułgarska czubrica to cząber górski (Satureja montana). Zmieszany z papryką i solą sprzedawany jest w Bułgarii jako Трапезна чубрица (trapezna czubrica).

Krewnym cząbru górskiego jest cząber ogrodowy (Satureja hortensis L.), znany i uprawiany już w czasach starożytnych. Pojawia się on w książce kucharskiej Apicjusza jako dodatek do bardzo wielu różnych potraw przygotowywanych w Cesarstwie Rzymskim.

Ale cząber to nie tylko przyprawa.

Zioło to wspomaga pracę wątroby, przeciwdziała zastojom żółci, poprawia trawienie i odkaża drogi moczowe. Ma właściwości przeciwzapalne, przeciwgrzybicze i przeciwdrobnoustrojowe.

Nie powinny go jednak używać kobiety w ciąży.

Syreniusz w swoim „Zielniku” pisał o cząbrze:

„Scyatyce (czyli rwie kulszowej) y srogim boleściam w biodrach/ iest lekarstwem z mąka pszeniczna/ albo z samą pszenicą plastrowany”.

A o suszonym pisał tak:

„Do Wenusa wzbudza/ proch z winem albo z miękkiem iaiem używany”.

Wiele lat temu w podróży „maluchem” po Bułgarii nie interesowało mnie jeszcze za bardzo, że czubrica może być przydatna na rwę kulszową i bóle w biodrze.

Ale gdy wspominam tamte wakacje i kolejne, spędzone ponownie w Bułgarii po bardzo wielu następnych latach, to myślę, że z tym drugim zastosowaniem podanym przez Syreniusza jest coś na rzeczy.

źródła:

Momtaz, Saeideh, and Mohammad Abdollahi. „A systematic review of the biological activities of Satureja L. species.” Pharmacologyonline 2 (2008): 34-54.

Czas na ciszę

Jezioro, nad którym uwielbiam spędzać czas, jest strefą ciszy.

Pływają po nim żaglówki, łódki, kajaki i rowery wodne. Tylko od czasu do czasu da się słyszeć śmiechy dzieciaków, które wskakują do wody.

Ostatnio przeraziła mnie informacja, że mieszkańcy okolicznych miejscowości żądają likwidacji strefy ciszy, by przyciągnąć do siebie więcej turystów na skuterach wodnych i motorówkach.

Mam cichą nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie.

Cisza jest bardzo potrzebna, aby zachować zdrowie.

Jak wykazują badania, hałas wpływa na podniesienie ciśnienia krwi, na choroby naczyniowe i na zmniejszenie zdolności uczenia się.

Osoby narażone na ciągły hałas mają także podwyższony poziom katecholamin i kortyzolu, zwanych „hormonami stresu”. Te zaś wpływają negatywnie na układ odpornościowy redukując produkcję przeciwciał.

Przewlekły nadmiar „hormonów stresu” prowadzi do nadmiernej produkcji cytokin, co może powodować lub nasilać choroby układu krążenia, cukrzycę typu 2, depresję i ułatwiać rozwój nowotworów.

Dlatego w najbliższy weekend daruję sobie koszenie trawy i głośne imprezy.

Mam nadzieję, że może uczynią tak także moi sąsiedzi.

Posiedzę nad jeziorem i posłucham ciszy.

Czas na ciszę.

żrodła:

Stansfeld, Stephen A., and Mark P. Matheson. „Noise pollution: non-auditory effects on health.” British medical bulletin 68.1 (2003): 243-257.

Post wielce patriotyczny

Most Tadeusza Kutrzeby na Bzurze

Wychowałam się na Baczyńskim, „Kamieniach na szaniec” i powstańczych i partyzanckich piosenkach, które śpiewaliśmy przy ognisku.

My, dziewczyny, wyobrażałyśmy sobie wtedy, że jesteśmy sanitariuszkami i opatrujemy rany nieziemsko przystojnych partyzantów, a oni oczywiście natychmiast zakochują się w nas na zabój.

Pewnie dlatego mocniej bije mi serce, kiedy słyszę gdzieś na świecie na ulicy polski język. Zwłaszcza, kiedy nie jest to Londyn, gdzie już chyba wszyscy mówią po polsku, tylko na przykład jakaś malutka mieścina na Węgrzech.

I w ogóle jakoś identyfikuję się ze słowem Polska. Można dyskutować o tym, czy to nazywać sentymentalizmem, czy patriotyzmem, czy może egzaltacją, czy może czymś jeszcze innym.

Tak czy owak przyznam, że trochę smutno mi się robi, kiedy czytam, że Polska jest gdzieś tam w ogonie krajów świata w tym czy tamtym.

A jeśli już jest w czołówce, to na przykład przoduje w zanieczyszczeniu powietrza i homofobii.

Dlatego bardzo się cieszę, że w czymś dobrym jesteśmy najlepsi i najwięksi na świecie.

Otóż jesteśmy najlepsi i najwięksi na świecie w uprawie czarnej porzeczki (choć zdaniem fachowców może się to niebawem zmienić).

A czarna porzeczka ma bardzo wiele zbawiennych dla zdrowia właściwości. Ma na przykład dużo witaminy C i przeciwutleniaczy oraz jest zasobna w sole mineralne (głównie boru i magnezu). Ma jeszcze wiele, wiele innych właściwości, ale mnie interesuje najbardziej, że wyciągi z liści porzeczki czarnej pobudzają przesączanie w kłębkach nerkowych i zwiększają wydalanie kwasu moczowego.

Działają też przeciwzapalnie.

Zatem nalewka na liściach czarnej porzeczki (listkówka porzeczkowa – przepis tutaj) musi się znaleźć w mojej spiżarni. Nie zawadzi zrobić też smorodinówkę (przepis tutaj), czyli kresową nalewkę na jej owocach. Jest dobra na trawienie i ból gardła. I smaczna.

Profesor Ożarowski polecał przy dnie, w celu uniknięcia kamicy nerkowej, zmieszać liść czarnej porzeczki (50g), kwiat chabru bławatka (50g) (o bławatku pisałam tutaj), kwiat mniszka (25g), kwiat robinii akacjowej (25g) (o której było tutaj), ziele pięciornika gęsiego (25g) i zalać 3 szklankami gorącej wody. Następnie ogrzewać do wrzenia i gotować pod przykryciem 5 minut. Odstawić na 10 minut i po przecedzeniu popijać 3 razy dziennie między posiłkami.

Muszę dopaść kogoś, kto uprawia czarną porzeczkę i pozwoli mi obskubać swój krzaczek z liści. Sama nie mam niestety tej roślinki w moim mikroskopijnym ogrodzie z powodu braku miejsca.

W rewanżu mogę mu zaśpiewać „Dziś do Ciebie przyjść nie mogę”.

Lubie tę piosenkę. Tak samo jak Czesław.

źródła:

Kalinkevich, K., V. E. Karandashov, and L. R. Ptitsyn. „In vitro study of the antiinflammatory activity of some medicinal and edible plants growing in Russia.” Russian Journal of Bioorganic Chemistry 2014;40.7:752-761

Smorodinówka

Kilogram owoców czarnej porzeczki oczyścić z zielonych części, umyć i osuszyć. Następnie zalać litrem 70% spirytusu. Zakryć szczelnie i odstawić w ciepłe miejsce na 6 tygodni. Z 2 litrów wody i 50 dag cukru ugotować syrop, przestudzić i wlać do niego zlany znad owoców spirytus. Zamknąć szczelnie i odstawić na tydzień. Potem przefiltrować nalewkę przez bibułkę filtracyjną, rozlać do butelek, zakorkować i odstawić na pół roku.

Smorodinówka wspomaga trawienie i jest przydatna przy bólu gardła i problemach z górnymi drogami oddechowymi.

Listkówka porzeczkowa

Listkówka wytrawna prosta.

Świeżo zerwane liście czarnej porzeczki (50 sztuk) umyć i osuszyć, a następnie włożyć do słoja i zalać litrem wódki 45%. Szczelnie zamknąć i odstawić w ciepłe miejsce. Po miesiącu nalewkę przefiltrowuje się, rozlewa do butelek i po zakorkowaniu i zalakowaniu odstawia na 8 miesięcy. Najlepsza jest dobrze schłodzona.

 

 

Listkówka słodka.

Zebrać w słoneczny dzień kilogram liści czarnej porzeczki. Umyte i osuszone zalać 1,5 litra wódki 45%. Pozostawić na kilka dni w słonecznym miejscu. Potem przenieść w cień. Po trzech tygodniach przefiltrować, dodać na każdy litr nalewki łyżkę soku z cytryny i odstawić w ciemne miejsce. Liście zasypać 1,5 kilograma cukru, mocno potrząsnąć i postawić w ciepłym miejscu. Codziennie potrząsać słojem z liśćmi. Po rozpuszczeniu się cukru zlać syrop i odcisnąć liście. Dodać syrop do nalewki i dobrze wymieszać. Przelać do butelek i odstawić na pół roku.