Rowerem do Delty Dunaju – w poszukiwaniu duszy

Nad Morzem Czarnym

Droga do Ruse, skąd mamy zacząć kolejny etap Eurovelo 6, jest bardzo długa. Przez wiele godzin męczącej podroży tzw. „brygadówką”, która mieści 7 osób, rowery i wszystkie bagaże, słuchamy audiobooka.

Autor, Yuval Noah Harari, w nie pozbawiony dowcipu, erudycji i logiki sposób, dowodzi w niej, że organizmy są algorytmami, uczucia chemią, a człowiek nie ma duszy.

Ruse

W Ruse wsiadamy wreszcie na rowery.

W bardzo skromnym barze, gdzie zjadamy tradycyjne кебапчета, głuchoniema Bułgarka gestami pokazuje uznanie dla naszego rowerowego wysiłku, a na pożegnanie ściska mnie i żegna jak matka dziecko wyjeżdżające na wycieczkę. Wsiadam na rower i po prostu czuję, że nic złego nas w tej podróży nie spotka.

Przez chwilę przypominam sobie fragment wysłuchanego audiobooka i myślę, że kiedyś naukowcy wyprodukują pigułkę, która będzie dawała to samo poczucie pewności i spokoju. Ale trzeba będzie za nią zapłacić. Ja dostałam to uczucie gratis.

Po drodze do Silistry przekonuję się boleśnie, że starożytni Rzymianie nie używali rowerów. Kocie łby na drodze z czasów Cesarstwa Rzymskiego może cieszą historyka, za to ja chętnie bym je sklęła. Ale nie mogę, bo przygryzłabym sobie język. Nie pomaga nawet żelowe siodełko. Jest naprawdę ciężko. Długie, mordercze podjazdy zmuszają nawet największych twardzieli do zsiadania z roweru i prowadzenia go pod górę.

Wilczomlecz

Za to pobocza drogi to raj dla miłośnika roślin. Glistnikiem, który je porasta, można by wyleczyć kurzajki całym Legionom Rzymskim. Strąkami chleba świętojańskiego, którego tu pełno, można by je wyżywić. Za to szalejem, lulkiem i wilczomleczem, które wszędzie się tam panoszą, udałoby się je skutecznie wytruć.

Pachnie piołun, rzepak, a pszczoły uwijają się jak w ukropie.

W zaroślach, które rozdzielają pola uprawne, ptaki wyśpiewują jak szalone.

Slistra

Wsie i miasta na trasie są zniszczone i brzydkie. Wszechobecną brzydotę rekompensuje nam zieleń, Dunaj i zachody słońca.

Konstanca – kasyno

Wybieramy wariant szlaku wzdłuż morza i trafiamy do Konstancy, miasta o historii sięgającej VI w. p.n.e. Klimatu dodają jej ślady dawnej świetności i portowy charakter.

Siedząc tam w kawiarni przy pięknie pachnącej i pięknie podanej kawie zastanawiam się, jak wyglądała Konstanca (zwana wówczas Tomi) w czasach, kiedy przebywał tu na wygnaniu Owidiusz, autor „Sztuki kochania”.

Chętnie posłuchałabym tego poematu w drodze powrotnej.

Ale zważywszy, że są tam na przykład takie fragmenty:

„Kobiety miewają często

kaprysy niezmiernie głupie

Gdy Ci każą zrobić głupstwo,

podówczas – ze wstydem – zrób je…”

Ale także takie:

„Noc zaciera moc usterek

(zgodzicie się chyba ze mną)

Nocą nie ma brzydkich kobiet

(zwłaszcza gdy jest bardzo ciemno)”.

nie byłaby to chyba trafiona lektura na długi czas podróży. Mogłaby wywołać w naszej męsko-damskiej ekipie zbyt silne emocje.

Plaże Morza Czarnego są szczelnie zabudowane piętrowymi apartamentowcami, a wszędzie tam, gdzie ich jeszcze nie ma, trwa budowa.

Na szczęście udaje się nam obejrzeć piękny wschód słońca na jednej z ostatnich dziewiczych plaż Rumunii – Corbu.

Wreszcie docieramy do Delty Dunaju. Spotykamy tu rozpadające się lepianki kryte strzechą obok odnowionych domków malowanych na niebiesko.

Ten niebieski kolor ma odstraszać komary, które tu podobno są jak konie. Na szczęście na początku tegorocznego maja jest dla nich chyba za zimno.

Gospodarz naszego pensjonatu, o budzącym szacunek imieniu Oktawiusz, zabiera nas swoją łodzią z ryczącym silnikiem na wycieczkę po Delcie Dunaju.

Dziwi mnie, że w rezerwacie biosfery można używać silników spalinowych.

Na pływanie kajakiem mamy jednak za mało czasu. Wymaga to także bardzo dobrego przygotowania, bo w delcie łatwo zabłądzić i trudno znaleźć miejsca na biwak.

Tavi (bo tak zdrabnia się tu imię Oktawiusz) pokazuje nam willę Ceaușescu, pelikany, kormorany i czaple. Zabiera nas także na wydmy i do 500-letnich dębów.

Samochód, którym poruszamy się po suchych, stepowych łąkach pełnych owiec, to „samoróbka” i chyba bez amortyzatorów. Jazda nim po wertepach to prawdziwe wyzwanie. Znów nie mogę sobie ponarzekać, bo boje się, że przygryzę sobie język.

Na obiad w czasie tej wycieczki dostajemy świetną zupę rybną, a na drugie danie smażone ryby. Pyszne.

Ale ogromne ości zagrażają naszemu życiu.  Zastanawiamy się, czy na deser też będzie ryba. Uff, na stole ląduje ciasto.

Delta Dunaju żyje trochę jak świat odcięty od świata. Do niektórych miejsc da się dopłynąć tylko łodzią. Ludzie głownie łowią ryby. A jest ich tu bardzo dużo. Nawet pelikany, które zjadają ich dziennie 5 ton, nie są w stanie zagrozić połowom.

Małe, kryte strzechą domki, otaczają drewniane płoty, a w przydomowych ogródkach rosną warzywa.

Życie toczy się powoli, a do niektórych miejsc prom dociera tylko raz dziennie.

W Tulczy, ważnym porcie na Dunaju, dostępnym dla statków morskich, Eurovelo 6 się kończy. Czas wracać.

Sigishoara

W drodze do domu zahaczamy o Sigishoarę. Spacerując zaułkami tego średniowiecznego, uroczego miasta, przypominam sobie, jak pewnego dnia naszej wyprawy udało się nam w ostatniej chwili uciec przez ogromną burzą. Siedzieliśmy bezpieczni w restauracji, a tuż obok, na drugim brzegu Dunaju, szalało tornado.

I wtedy gdzieś w głębi duszy (której podobno nie mam) po prostu czuję, że to rumuńskie tornado ominęło nas dzięki błogosławieństwu pewnej uśmiechniętej bułgarskiej staruszki.

 

 

 

 

 

Zwiastun awantury

Perz właściwy to utrapienie ogrodników i rolników. Wie to każdy, kto próbował wytępić go z ogrodu bez użycia chemii.

Kłącza tego znienawidzonego chwastu są jednak cennym surowcem zielarskim.

Wzmagają przesączanie kłębuszkowe w nerkach i pomagają usuwać szkodliwe produkty przemiany materii. Zwierają również rozpuszczalną krzemionkę, która chroni skórę i narządy wewnętrzne oraz przeciwdziała stłuszczeniu i zwyrodnieniom wątroby, które to przypadłości nękają często podagryków.

Perz zalecany jest też w kamicy moczowej i nadciśnieniu.

2 łyżki rozdrobnionych suchych kłączy perzu zalewa się dwiema szklankami wody i gotuje 5-10 minut. Potem odstawia się na pół godziny. Popijać go można przez cały dzień po trochu albo rano i wieczorem po szklance.

Ja kłącze perzu dodaję do różnych ziołowych mieszanek.

Zawsze, kiedy zaniedbam ogródek, oprócz podagrycznika (wychwalanego tutaj), który zarasta wszystkie prawie możliwie miejsca, mam do czynienia z perzem. Potrafi tak zarosnąć rabatę, że jego kłącza wyciągnięte z metra kwadratowego zajmują cały wór.

W starożytnych Chinach z kłączy perzu robiono posłania dla rannych żołnierzy. Używano ich także do filtrowania wina. W średniowieczu zmielone kłącza nazywano „manną kalabryjską” i podawano jako środek przeciwrobaczy i regulujący trawienie. W dawnej Polsce dodawano je do mąki przeznaczonej na tzw. „chleb głodowy”. Taki chleb jest bardzo dobry dla cukrzyków.

Z wysuszonych kłączy perzu można zrobić legowisko dla psa, chroniąc go przed pchłami.

Moja walka z perzem w ogródku strasznie mnie zawsze męczy i zwykle po godzinach wyciągania z ziemi jego długich kłączy zaczynam myśleć z irytacją, że „ktoś” mógłby mi wreszcie pomóc. Tak trochę bez sensu, bo zwykle wybieram na pielenie grządek taki dzień, kiedy „ktoś” jest po prostu w pracy i pomóc mi, nawet mimo chęci, nie może.

I tak awantura aż wisi w powietrzu.

Ale w końcu starożytni Chińczycy dawali sygnał do wymarszu armii na wojnę machając perzem.

 

Tancerka z Kadyksu

Pokrzywę znają wszyscy. Różne gatunki tej rośliny rosną na wszystkich kontynentach (z wyjątkiem Antarktydy). Ostatnio bardzo dużo się o niej mówi i pisze, bo nauka potwierdza jej niesamowite właściwości. Stosowana jest w fitoterapii, w kosmetyce i w ogrodnictwie, gdzie pomaga walczyć ze szkodnikami i chorobami roślin. Jest doskonała na naturalny nawóz.

Pokrzywa działa przeciwwirusowo i przeciwcukrzycowo. Przyjmowana z witaminą B1 pomaga w niedokrwistości. Obniża ciśnienie krwi, ułatwia trawienie i pobudza zdolność wydzielniczą trzustki.

Korzeń pokrzywy wpływa na procesy biosyntezy testosteronu, a także zapobiega przerostowi prostaty.

Preparaty z pokrzywy można przygotować sobie samemu, na przykład według receptur podanych na tutaj, albo kupić gotowe. Trzeba tylko pamiętać, że nie należy ich zbyt długo przyjmować. Można się nabawić podrażnienia żołądka lub reakcji alergicznej.

Zresztą z pokrzywą, tak jak z każdym ziołem, nie należy przesadzać. 

Mnie szczególnie interesuje, że we Włoszech tradycyjnie leczy się dnę moczanową wywarami z liści pokrzywy.

Liście i korzeń pokrzywy zawierają wiele pierwiastków śladowych, które są niezbędne do prawidłowego działania enzymów uczestniczących w przemianie materii. Wyciągi z pokrzywy wyraźne zwiększają usuwanie z organizmu różnych metabolicznych odpadów.

W badaniach na zwierzętach, opublikowanych w

Hajhashemi, Valiollah, and Vahid Klooshani. „Antinociceptive and anti-inflammatory effects of Urtica dioica leaf extract in animal models.” Avicenna Journal of Phytomedicine 2013;3(2):193-200,

zaobserwowano przeciwzapalne i przeciwbólowe działanie wodno–alkoholowych wyciągów z liści pokrzywy podawanych wewnętrznie w przypadku zapalenia stawów.

Wiosną młoda pokrzywa (zanim zakwitnie) sprawdzi się w kuchni jako dodatek do jajecznicy, chleba, ciast, tart, zapiekanek. Można z niej robić zupę i pesto do makaronu albo przygotowywać jak szpinak. Zniesie wszelkie eksperymenty kulinarne. W maju i czerwcu można ją jeść codziennie. W takiej formie jej się nie przedawkuje.

W starożytnym Rzymie stosowano zabieg chłostania pokrzywą, nazywany utricatio. Miał on chronić przed cholerą.

U księdza Kluka w jego „Dykcjonarzu roślinnym” przeczytałam, że „paraliżem naruszone członki, tak długo świeżą pokrzywą nacierać kazali, aż się iakie uczucie pokazało, podobnym sposobem postępowali sobie u płci męzkiey do sprawy małżeńskiey niesposobney”.

Rzymski satyryk Juwenalis pisał natomiast, że „tancerki z Kadyksu pobudzają marnych kochanków i wywołują ten sam efekt co chłosta pokrzywami w przywracaniu bogatym mężczyznom ochoty do życia” (cytat z książki Guylaine Goulfier „Pokrzywa w ogrodzie i w kuchni”).

Więc nie pozbywajmy się pokrzywy z ogrodu.

Ukułam nawet swoje własne przysłowie:

„Kto się w pokrzywy przewróci temu chęć do życia wróci”.

A poza tym, powiedzcie sami, czyż jak się przyjrzeć kwitnącej pokrzywie w odpowiednim oświetleniu, to nie wygląda ona całkiem jak piękna tancerka z Kadyksu?

Wielki Brat patrzy

Dawno temu całonocna lektura wydrukowanej na powielaczu książki Orwella „Rok 1984” bardzo mną wstrząsnęła.

Ale przerażenie wizją orwellowskiego świata szybko zniknęło. Bo tak naprawdę, w głębi swojej młodzieńczej wówczas duszy, byłam całkowicie pewna, że wizja ta nigdy się nie ziści. Miałam głębokie przekonanie, że walka z systemem, który mógł potencjalnie do takiego świata prowadzić, zakończy się wkrótce sukcesem.

I tak się stało.

Kiedy ostatnio ponownie sięgnęłam po „Rok 1984”, tym razem w nowoczesnym, elektronicznym wydaniu, nie spodziewałam się, że tak mnie ta lektura przerazi. A to dlatego, że to, co wiele lat temu wydało mi się całkowicie niemożliwe, staje się powoli faktem.

Nie chodzi tylko o to, że jesteśmy obserwowani ze wszystkich stron i że bazy danych wiedzą o nas wszystko. Coraz częściej ta wiedza jest wykorzystywana, by traktować nas jak dzieci, którym coś trzeba nakazać lub zakazać. Dla ich dobra oczywiście.

Na przykład w Norwegii mocny alkohol sprzedawany jest tylko w państwowych sklepach sieci Vinmonopolet. Co więcej, kto jest w nich częstym bywalcem musi się liczyć z tym, że zapuka do jego drzwi pracownik opieki społecznej nalegając na przyjęcie pomocy w wyjściu z alkoholowego nałogu.

Systemy gromadzą coraz więcej danych o ludziach i ich genach, chorobach, przypadłościach.

Po wieczornej lekturze Orwella miałam taki sen:

Jest już ciepło, z wielką radością przygotowuję otwarcie sezonu na Mazurach i robię zakupy. W sklepie mięsnym sprzedawca skanuje mi tęczówkę oka i oznajmia:

„Zalecenie ograniczenia spożycia mięsa. W tym miesiącu Pani limit jest wyczerpany”.

Proszę go, mówię, że jest przecież zaraz weekend. Że będę miała gości. Że może przerzuci ten zakup do mojego limitu następnego miesiąca. Że jeśli sama zjem trochę mięsa to niewiele i to z buraczkami, bo wiem o równowadze kwasowo-zasadowej, bo przecież sama o niej pisałam na blogu…

Ale on jest nieubłagany.

W kolejnym sklepie nie mogę też kupić piwa. Podagrykom piwo jest zabronione.

Mój pomysł na weekendową niespodziankę dla gości, czyli myśliwski kociołek z mięsem i furą warzyw, przygotowany w ognisku i podany z dobrym piwem, upada.

Ta wizja tak mnie przeraziła, że zaraz po wstaniu z łóżka popędziłam kupić żeberka.

Póki jeszcze mogę.

 

 

 

 

Buraka burota

Analiza wierszy Mirona Białoszewskiego kończyła się w mojej licealnej klasie wyrzucaniem kilku kolegów za drzwi.

Na przykład, kiedy polonistka przy analizie wiersza „Podłogo, błogosław!”, który zaczyna się tak:

Buraka burota

i buraka
bliskie profile skrojone
i jeszcze buraka starość,którą kochamy,

wykładała nam z emfazą: „oto podmiot liryczny stawia sobie za zadanie dotarcie do istoty buraka”, zaśmiewali się do łez.

Ja, jako podmiot liryczny tego wpisu, postawiłam sobie za zadanie dotarcie do naukowych publikacji, które dotyczą buraka i jego wpływu na kamienie nerkowe.

W Górach Aravali w indyjskim stanie Radżastan tradycyjnie leczy się kamicę nerkową pijąc dwie szklanki soku z surowych buraków przez siedem dni.

W badaniach opublikowanych w

Saranya, R., and N. Geetha. „Inhibition of calcium oxalate (caox) crystallization in vitro by the extract of beet root (Beta vulgais L.).” International Journal of Pharmacy and Pharmaceutical Sciences 6.2 (2014): 361-365

wykazano, że sok z buraka hamuje tworzenie się kamieni szczawianowych oraz pomaga wydalać je z nerek i zmniejsza ryzyko, że zatrzymają się w drogach moczowych.

Niestety burak zawiera saponiny (podobnie jak bohater „Odnalezionych kluczyków”, o którym pisałam tutaj) i może drażnić żołądek. Dlatego soku z surowego buraka nie powinno się pić zbyt długo.

Jest też niewskazany dla osób z nieżytem żołądka.

Robiąc sobie kurację sokiem z surowego buraka popijałam dwa razy dziennie po pół szklanki kleiku z siemienia lnianego (łyżka na szklankę letniej wody – gotować pod przykryciem 15 minut), żeby osłonić błonę śluzową żołądka przed drażniącym wpływem saponin.

Sok z buraka mi nie smakuje, więc dorzucałam do niego marchew i kawałek selera (o którym pisałam tutaj), załatwiając sobie przy okazji hamowanie nadaktywności mojej XO.

Białoszewski tak pisał o swojej męce twórczej :

męczy się człowiek Miron męczy
znów jest zeń słów niepotraf
niepewny cozrobień
yeń

Muszę powiedzieć, że przedzieranie się przez naukowe publikacje nie jest łatwe. Zwłaszcza, kiedy natrafię na bardzo skomplikowane, naukowe biochemiczne informacje. Bo akurat w tej dziedzinie jestem jeszcze odrobinę „niepotraf”.

 

Lubię pościć

Jadąc latem metrem usłyszałam, jak ktoś chwalił się przez telefon, że będzie uprawiał w weekend „spacering”, „plażing” i „grilling”.

A znów pewna moja znajoma zapewniała mnie, że będzie intensywnie „inwestygować” w jakiejś interesującej mnie kwestii.

Mamy duże tradycje w zapożyczaniu różnych słów z obcych języków. Makaronizmy, rusycyzmy, anglicyzmy to w naszym języku chleb powszedni.

Jest tak od wieków. Można się na to obruszać, ale język żyje, powstają nowe słowa, a czasem istniejące nabierają innego znaczenia. I tak już musi być.

Słowo POST też nabrało ostatnimi laty nowego znaczenia.

Dla wielu ludzi post to teraz wpis na blogu, a więc „pościć” mogłoby oznaczać „pisać wpisy na blogu”.

Wprawdzie językoznawcy zapewne powiedzą, że jeśli już, to trafniej byłoby mówić „postować”.

Ale co tam, „pościć” jest krótsze, co wpisuje się w tendencję do skracania słów. Poza tym niech to będzie moja „licentia poetica”, która pozwala na odstępstwa od norm językowych.

Dziś więc „poposzczę” na temat postu. Wielkiego Postu.

W ubiegłym roku pisałam o tym, że przez 40 dni wypróbowywałam dawne wielkopostne zwyczaje. Moje zachwyty nad efektami takiej diety spowodowały, że wielu moich znajomych i czytelników zaczęło pytać o szczegóły.

Zatem proszę:

Śniadanie to żytni chleb z powidłami śliwkowymi albo marmoladą z pigwy (o pigwie więcej można poczytać tutaj). Do tego kawa żołędziowa.

Obiad to pieczony (albo gotowany w mundurku) ziemniak z dodatkiem posiekanej cebuli polanej olejem lnianym albo konopnym, albo gotowane ziemniaki ze śledziem w oleju, albo żur (okraszony olejem albo mlekiem), albo kapuśniak z kiszonej kapusty z ziemniakami zagęszczony upaloną na patelni mąką, albo ziemniaki z gzikiem (chudy twaróg wymieszany z posiekaną cebulą).

Dwa razy w tygodniu ryba z ziemniakami i kiszoną kapustą albo zapiekanka z ryby, ziemniaków i kiszonej kapusty (przepis tutaj).

Kolacja to żytni chleb ze śledziem w oleju z lnianki (o oleju z lnianki więcej tutaj). Albo grzanki polane olejem i posypane mielonym kminkiem i odrobiną soli, a do tego grzane piwo z goździkami i żółtkiem.

Na przekąskę pieczone jabłko, albo prosty kisiel owsiany zrobiony według najprostszego przepisu:

0,5kg płatków owsianych, 1,5l przegotowanej ciepłej wody, 2 dag drożdży i 2 kromki chleba razowego wymieszać i zostawić na 24 godziny. Potem  przetrzeć masę przez sito i zagotować. Można zrobić go też według różnych innych, bardziej wyrafinowanych przepisów, ale z braku czasu ja zostałam przy tym łatwym sposobie.

Ten kisiel można jeść z olejem lnianym albo z miodem.

Przez cały dzień popija się kawę żołędziową, wodę i napar z kwiatów lipowych.

Mogłoby się wydawać, że to proste monotonne menu jest przez 40 dni nie do zniesienia. A jednak…

Po 40 dniach czułam się jak „młody bóg”. I pewnie nic dziwnego.

W końcu profesor Yoshinori Ōsumi, laureat Nobla 2016 w kategorii Medycyna, udowodnił (oczywiście mówiąc w dużym uproszczeniu), że w czasie postu nasze komórki rozkładają i „zjadają” uszkodzone fragmenty samych siebie. Smacznego im życzę. Niech się opychają.

Ja będę teraz 40 dni pościć i „pościć”. Bo lubię.

 

 

 

 

Chrzanić podagrę !

Czasem zdarzało mi się trafiać w czasie podróży w bardzo zaskakujące miejsca. Chciałoby się spacerować godzinami i napawać urodą oraz zadziwiającym spokojem miasta, do którego zawiódł mnie kiedyś całkowity przypadek.

Ale atak dny moczanowej może zupełnie zepsuć ten idylliczny obrazek i zamiast cudownego, romantycznego spaceru nad kanałem, „Awantura w Chioggi” gotowa.

No bo przecież komuś musi się dostać za mój bolący paluszek. A komu, jak nie mężowi?

Ale sama awantura nie pomoże. Jak tu sobie poradzić, kiedy paluch boli, jakby diabli go dopadli?

Wizyta u lekarza odpada. Na pewno dostałabym kolchicynę, a ona jest silnie toksyczna (nawet w dawkach leczniczych). Moja wątroba podagryka i tak ma ciężko (o czym było tutaj), więc na pewno nie będę jej dokładać czegoś takiego.

Na szczęście jest coś, co po włosku nazywane jest tartufo dei poveri – trufla biednych.

Ach jak ja lubię tych południowców! To na prawdę bajeranci pierwszej klasy. Potrafią pięknie mówić nawet o zwykłych, banalnych rzeczach. A tu mowa o rafano, co po polsku oznacza zwykły chrzan.

Świeży korzeń chrzanu zawiera synigrynę, która po roztarciu rozpada się uwalniając izosiarkocyjanian allilu, silnie drażniący skórę i wywołujący jej rozgrzanie, a przez to zmniejszenie dolegliwości bólowych.

Okład ze świeżo startego chrzanu na bolący paluch będzie więc jak znalazł. Pamiętać trzeba tylko, by nie trzymać go zbyt długo. Jak tylko zacznie mocno piec, trzeba go usunąć, a skórę wytrzeć i posmarować oliwą.

Pozostałą część startego korzenia można zużyć na rafanatę, czyli rodzaj włoskiego omletu z chrzanem, zapiekanego w piecu.

Przepis na tę prostą potrawę znajdziecie tutaj.

Pochodzi on z Aliano, położonego we włoskim regionie Basilicata, gdzie potrawa ta jest tak popularna, że ma w stolicy regionu – Potenzy – własny festiwal.

Festiwal ten, zwany Sagra di Rafanata, odbywa się w Martedi Grasso (Tłusty Wtorek), czyli w nasze „ostatki”.

Rafanata jest smaczna. Można ją sobie zrobić też w zupełnie innym mieście.

I popić białym winem.

I chrzanić podagrę!

 

Rafanata

Rafanata to rodzaj omletu zapiekanego w piecu. Można ją robić w małych kokilkach. Każda z nich to wtedy porcja dla jednej osoby.

Są różne przepisy na tę potrawę, ale ja robię ją w tradycyjny sposób.

Tak, jak robi to la signora Sisina, właścicielka Taverna la contadina Sisina w Aliano, w prowincji Basilicata.

Przepis na jedną osobę:

Ubijamy całe jajo, odrobinę soli, szczyptę pieprzu, łyżkę tartego chrzanu i łyżkę tartego sera pecorino.

Kokilkę smarujemy tłuszczem (w oryginalnym przepisie jest to smalec), wlewamy ubitą masę i pieczemy 20 minut w piekarniku w nagrzanym do 200 stopni Celsjusza.

Ja stawiam na najwyższej półce w piekarniku, żeby omlet się zrumienił.

Można dodać mniej lub więcej chrzanu i sera. Jak kto lubi.

Smacznego !

 

Smak curry

Ostryż długi, czyli kurkuma, to bliski krewniak imbiru, o którym pisałam już w „Imbir – antidotum dla męża” (tutaj).

Dla mieszkańców Azji to absolutnie niezbędna przyprawa i lek na wiele dolegliwości.

Kłącze to pobudza wątrobę do pracy, chroni ją, a także ułatwia przepływ żółci w drogach żółciowych.

Ponieważ wątroba, jak pisałam w „Wątroba jest tylko jedna” (tutaj), bardzo mi „leży na wątrobie” kurkuma wzbudziła już dawno moje wielkie zainteresowanie.

Jak można przeczytać w

Khanna, Dinesh, et al. Natural products as a gold mine for arthritis treatment. Current Opinion in Pharmacology 2007;7(3):344-351,

ma ona także właściwości przeciwartretyczne. Bardzo się to przyda przy „wędrujących” bólach, które czasem mnie nawiedzają. Zwłaszcza wtedy, kiedy całkiem zapomnę, że powinnam dbać o swoje nerki i poziom kwasu moczowego.

Kiedyś dostępny był w aptekach bardzo dobry gotowy preparat – wyciąg alkoholowy z kurkumy, ale chyba został wycofany.

Na szczęście można sobie zrobić samemu nalewkę.

1 część rozdrobnionej, świeżej kurkumy zalać 5 częściami alkoholu co najmniej 70% i odstawić na dwa tygodnie. Przecedzić.

Nalewkę taką stosujemy 3 razy dziennie po łyżeczce rozmieszanej ze szklanką wody przez dwa tygodnie. Należy ją stosować ostrożnie, zwłaszcza, jeśli ma się kamienie w pęcherzyku żółciowym. Nie powinny jej też stosować kobiety w ciąży i karmiące.

Kurkuma jest ważnym składnikiem przyprawy curry.

„Indyjski szafran”, bo tak bywa nazywana ta przyprawa, kojarzy mi się zawsze z moją ulubioną indyjską restauracją na Marszałkowskiej 21 , a także z filmem „Smak curry”.

Restaurację polecam wszystkim tym, którzy lubią delektować się smakami potraw i przypraw.

A film polecam tym, którzy lubią delektować się smakami życia.

Jak głosi hasło w zwiastunie: „Ten film obudzi Wasz apetyt na miłość”.

 

 

All you need is love

„Panowie miłościwi, czy wola wasza usłyszeć piękną opowieść o miłości i śmierci?

To rzecz o Tristanie i Izoldzie królowej.

Słuchajcie, w jaki sposób w wielkiej radości, w wielkiej żałobie miłowali się, później zasię pomarli w tym samym dniu, on przez nią, ona przez niego”

(Joseph Bédier – tłumaczył Tadeusz Boy – Żeleński)

Celtycka legenda o miłości Tristana i Izoldy jest kanwą wielu dzieł muzycznych, literackich i filmowych do dziś.

Miłość to wielka siła. Od zawsze ludzie mówili, że można „umrzeć z miłości”, i że „miłość wszytko uleczy”,  i że „wszystko wybaczy”.

Wiele mostów na świecie ugina się pod ciężarem kłódek zapiętych przez zakochanych.

W 2014 roku z powodu tych metalowych symboli nierozerwalnych uczuć urwała się część konstrukcji paryskiego Pont des Arts .

Z Mostu Hohenzollernów w Kolonii usunięto ich 40 ton.

Ponte Vecchio

A we Florencji pary ryzykują sporym mandatem na Ponte Vecchio chcąc pozostawić na nim ślad swojego wielkiego uczucia.

O miłości mówi się nieustannie, pisze i śpiewa.

Nic dziwnego, że naukowcy wzięli się w końcu poważnie i za miłość.

Norniki preriowe są bardzo podobne do ludzi w nawiązywaniu relacji. Stały się więc dla badaczy źródłem bardzo wielu cennych obserwacji i odkryć.

Ważną rolę w „biochemii miłości” odgrywa oksytocyna, która oprócz wielu różnych działań, ma ochronny wpływ na serce. Co więcej potrafi je też regenerować nawet po bardzo wielkim stresie.

Nic dziwnego, że serce kojarzy się z miłością. A powiedzenie, że „lekarstwem na nieszczęśliwą miłość jest inna miłość” nabiera sensu.

Naukowcy badają kolejne elementy „biochemii miłości” i ich wpływ na zdrowie.

Ja i bez ich badań czułam zawsze, że miłość to jest bardzo dobre lekarstwo – na wszystko.

Kochajmy się !

 

źródła:

Carter, C. Sue, and Stephen W. Porges. „The biochemistry of love: an oxytocin hypothesis: Science & Society Series on Sex and Science.” EMBO reports 14.1 (2013): 12-16.