Impreza „full wypas”

„Czarna krowa w kropki bordo
gryzła trawę kręcąc mordą.
Kręcąc mordą i rogami
gryzła trawę wraz z jaskrami”.

Tak pisała kiedyś w „Misiu” Hanna Łochocka o krowie, której wyrafinowane umaszczenie wymyśliła wcześniej Wanda Chotomska.

Odczuwam swoistą więź z ową krową w kropki bordo od chwili, w której dane mi było jeść jaskry rozłogowe. A było to podczas warsztatów prowadzonych na nadbużańskich łąkach przez eksperta od dzikiej kuchni, profesora Łukasza Łuczaja.

Zaskakujące, jak wiele roślin nadaje się do jedzenia.

Wielką niespodzianką były dla mnie frytki z korzenia mikołajka płaskolistnego (Eryngium planum L.).

Znałam tę roślinę i interesowałam się nią już wcześniej. Bowiem, jak pisał Syreniusz, leczy ona „wszelkie niedostatki z zamulenia nyrek” oraz „z pitym miodem/ kamień z nyrek wywodzi/ przez piętnaście dni rano naczczo y na noc/ kładąc się daiąc”.

Ale nie przypuszczałam nawet, że tak smaczne są korzenie mikołajka.

Człowiek uczy się całe życie.

Wypas zwierząt gwarantuje różnorodność roślin na łąkach. Zniesienie wypasu w parkach narodowych spowodowało zarastanie łąk lasem.

Dlatego na chronionych obszarach wprowadzono zezwolenia na tzw. kontrolowany „wypas kulturowy”, który pozwala zapobiegać temu zjawisku.

Na szczęście na łąkach nadbużańskich nadal wypasa się krowy.

Dzięki temu jest tam wielkie bogactwo roślin, a warsztaty nad Bugiem były imprezą naprawdę „na wypasie”.

I powiem Wam, że był to wypas nie tylko wielce kulturowy, ale także wielce kulturalny.

Ciężki żywot czeladnika

Od kilku miesięcy próbuję zrobić wszystko, aby moja zmywarka znów zaczęła zmywać.

Wzywam różnych rzemieślników, specjalizujących się ponoć w naprawianiu AGD, ale ona nadal nie działa.

Widać fachowcy Ci nie są mistrzami w swoim fachu.

 

Kiedyś, aby zostać mistrzem w jakimś rzemiośle, trzeba było się długo uczyć, zdać egzamin na czeladnika, a potem jeszcze długo terminować u mistrza. I wreszcie samemu zostać mistrzem. Dziś w niewielu zawodach jeszcze ten zwyczaj pozostał.

Może u piekarzy?

W branży serwisu AGD raczej już nie.

Nauka u mistrza pozwalała nie tylko utrwalić swoją wiedzę, ale także zdobyć zupełnie unikalne umiejętności, które tylko dany mistrz posiada.

Ja w zielarstwie jestem na razie czeladnikiem. Zdałam już kilka egzaminów i mam kilka dyplomów, ale teraz muszę jeszcze „poterminować” u Mistrza.

Powiem Wam, że nie jest łatwo. Mistrz nie ma taryfy ulgowej dla swoich uczniów.

Brniemy za nim kilka godzin korytem rzeki po kostki albo aż po kolana w zimnej wodzie, po ostrych i śliskich kamieniach, wspinamy się na pionowe zbocza albo schodzimy z nich po błocie.

Mistrz od czasu do czasu pokazuje nam jakąś bardzo ciekawą roślinę lub wspomina o takim zastosowaniu innej, którego dotychczas zupełnie nie znałam.

Tak właśnie było na ostatnim „spacerze” korytem Jasiołki. Owoce derenia znam i znam ich wspaniałe właściwości zdrowotne. Ale nowością było dla mnie, że odwar z liści derenia jest bardzo skuteczny przy dnie moczanowej.

Obniża poziom kwasu moczowego i usuwa guzki dnawe.

Pamiętacie film Kill Bill?

Mistrz Pai Mei dawał nieźle w kość Czarnej Mambie.

Beatrix Kiddo (mało kto pamięta, że tak nazywała się główna bohaterka) musiała znosić wiele trudów ucząc się od niego.

Ale wysiłek się opłacił. Została mistrzynią w sztuce władania mieczem samurajskim, a na dodatek Pai Mei zdradził jej sekret.

Kto wie, może i mój Mistrz zdradzi mi też kiedyś jakąś tajemnicę.

Może nie będzie to „Pięć Kroków Eksplodującego Serca”, ale coś równie spektakularnego.

A Hattori Hanzo wykuje dla mnie specjalny miecz do ścinania ziół.

Hattori Hanzo nie żyje – powiecie.

Oj tam, oj tam…

Przyprawić gjuwecz i życie

Sozopol

Mój pierwszy wyjazd do Bułgarii pod koniec lat 80-tych kojarzy mi się z pustymi sklepami, w których były tylko маслини (masliny), czyli oliwki, кисело мляко (kisieło mliako), czyli absolutnie obłędny jogurt, chleb, który trzeba było zamawiać na następny dzień, кашкавал (kaszkawał), czyli ser z owczego mleka, бяло сирене (biało sirenie), czyli biały ser szopski, a także przyprawy i wino.

Pięknie pachnący i serwowany w glinianym garnku гювеч (gjuwecz) był tylko marzeniem. W restauracjach była tylko lemoniada i snujący się leniwie personel. 

Na szczęście od okolicznych mieszkańców można było kupić paprykę, pomidory i jajka. Oni zaś chcieli od nas kupić dosłownie wszystko, od parasolki po butlę gazową, kuchenkę i namiot.

Dwutygodniowa dieta złożona prawie wyłącznie z jajek, sera, chleba, sałatki z papryki, pomidorów i oliwek popita jogurtem i odrobiną wina zaowocowała moją piękną cerą i znakomitym samopoczuciem. 

Od gospodyni, u której mieszkaliśmy wraz z moim niedawno wówczas poślubionym mężem, dowiedziałam się, jak ważna na bułgarskim stole jest лютеница (ljutenica), czyli pikantna pasta z dużym udziałem papryki oraz чубрица (czubrica).

Gospodyni pouczyła mnie też, że czubricę, w przeciwieństwie do innych przypraw, mogę dodawać do wszystkiego. Do sera, do mięsa, do fasoli, do potraw z warzyw i do jajek. 

Cząber górski (Satureja montana)

Bułgarska czubrica to cząber górski (Satureja montana). Zmieszany z papryką i solą sprzedawany jest w Bułgarii jako Трапезна чубрица (trapezna czubrica).

Krewnym cząbru górskiego jest cząber ogrodowy (Satureja hortensis L.), znany i uprawiany już w czasach starożytnych. Pojawia się on w książce kucharskiej Apicjusza jako dodatek do bardzo wielu różnych potraw przygotowywanych w Cesarstwie Rzymskim.

Ale cząber to nie tylko przyprawa.

Zioło to wspomaga pracę wątroby, przeciwdziała zastojom żółci, poprawia trawienie i odkaża drogi moczowe. Ma właściwości przeciwzapalne, przeciwgrzybicze i przeciwdrobnoustrojowe.

Nie powinny go jednak używać kobiety w ciąży.

Syreniusz w swoim „Zielniku” pisał o cząbrze:

„Scyatyce (czyli rwie kulszowej) y srogim boleściam w biodrach/ iest lekarstwem z mąka pszeniczna/ albo z samą pszenicą plastrowany”.

A o suszonym pisał tak:

„Do Wenusa wzbudza/ proch z winem albo z miękkiem iaiem używany”.

Wiele lat temu w podróży „maluchem” po Bułgarii nie interesowało mnie jeszcze za bardzo, że czubrica może być przydatna na rwę kulszową i bóle w biodrze.

Ale gdy wspominam tamte wakacje i kolejne, spędzone ponownie w Bułgarii po bardzo wielu następnych latach, to myślę, że z tym drugim zastosowaniem podanym przez Syreniusza jest coś na rzeczy.

źródła:

Momtaz, Saeideh, and Mohammad Abdollahi. „A systematic review of the biological activities of Satureja L. species.” Pharmacologyonline 2 (2008): 34-54.

Czas na ciszę

Jezioro, nad którym uwielbiam spędzać czas, jest strefą ciszy.

Pływają po nim żaglówki, łódki, kajaki i rowery wodne. Tylko od czasu do czasu da się słyszeć śmiechy dzieciaków, które wskakują do wody.

Ostatnio przeraziła mnie informacja, że mieszkańcy okolicznych miejscowości żądają likwidacji strefy ciszy, by przyciągnąć do siebie więcej turystów na skuterach wodnych i motorówkach.

Mam cichą nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie.

Cisza jest bardzo potrzebna, aby zachować zdrowie.

Jak wykazują badania, hałas wpływa na podniesienie ciśnienia krwi, na choroby naczyniowe i na zmniejszenie zdolności uczenia się.

Osoby narażone na ciągły hałas mają także podwyższony poziom katecholamin i kortyzolu, zwanych „hormonami stresu”. Te zaś wpływają negatywnie na układ odpornościowy redukując produkcję przeciwciał.

Przewlekły nadmiar „hormonów stresu” prowadzi do nadmiernej produkcji cytokin, co może powodować lub nasilać choroby układu krążenia, cukrzycę typu 2, depresję i ułatwiać rozwój nowotworów.

Dlatego w najbliższy weekend daruję sobie koszenie trawy i głośne imprezy.

Mam nadzieję, że może uczynią tak także moi sąsiedzi.

Posiedzę nad jeziorem i posłucham ciszy.

Czas na ciszę.

żrodła:

Stansfeld, Stephen A., and Mark P. Matheson. „Noise pollution: non-auditory effects on health.” British medical bulletin 68.1 (2003): 243-257.

Post wielce patriotyczny

Most Tadeusza Kutrzeby na Bzurze

Wychowałam się na Baczyńskim, „Kamieniach na szaniec” i powstańczych i partyzanckich piosenkach, które śpiewaliśmy przy ognisku.

My, dziewczyny, wyobrażałyśmy sobie wtedy, że jesteśmy sanitariuszkami i opatrujemy rany nieziemsko przystojnych partyzantów, a oni oczywiście natychmiast zakochują się w nas na zabój.

Pewnie dlatego mocniej bije mi serce, kiedy słyszę gdzieś na świecie na ulicy polski język. Zwłaszcza, kiedy nie jest to Londyn, gdzie już chyba wszyscy mówią po polsku, tylko na przykład jakaś malutka mieścina na Węgrzech.

I w ogóle jakoś identyfikuję się ze słowem Polska. Można dyskutować o tym, czy to nazywać sentymentalizmem, czy patriotyzmem, czy może egzaltacją, czy może czymś jeszcze innym.

Tak czy owak przyznam, że trochę smutno mi się robi, kiedy czytam, że Polska jest gdzieś tam w ogonie krajów świata w tym czy tamtym.

A jeśli już jest w czołówce, to na przykład przoduje w zanieczyszczeniu powietrza i homofobii.

Dlatego bardzo się cieszę, że w czymś dobrym jesteśmy najlepsi i najwięksi na świecie.

Otóż jesteśmy najlepsi i najwięksi na świecie w uprawie czarnej porzeczki (choć zdaniem fachowców może się to niebawem zmienić).

A czarna porzeczka ma bardzo wiele zbawiennych dla zdrowia właściwości. Ma na przykład dużo witaminy C i przeciwutleniaczy oraz jest zasobna w sole mineralne (głównie boru i magnezu). Ma jeszcze wiele, wiele innych właściwości, ale mnie interesuje najbardziej, że wyciągi z liści porzeczki czarnej pobudzają przesączanie w kłębkach nerkowych i zwiększają wydalanie kwasu moczowego.

Działają też przeciwzapalnie.

Zatem nalewka na liściach czarnej porzeczki (listkówka porzeczkowa – przepis tutaj) musi się znaleźć w mojej spiżarni. Nie zawadzi zrobić też smorodinówkę (przepis tutaj), czyli kresową nalewkę na jej owocach. Jest dobra na trawienie i ból gardła. I smaczna.

Profesor Ożarowski polecał przy dnie, w celu uniknięcia kamicy nerkowej, zmieszać liść czarnej porzeczki (50g), kwiat chabru bławatka (50g) (o bławatku pisałam tutaj), kwiat mniszka (25g), kwiat robinii akacjowej (25g) (o której było tutaj), ziele pięciornika gęsiego (25g) i zalać 3 szklankami gorącej wody. Następnie ogrzewać do wrzenia i gotować pod przykryciem 5 minut. Odstawić na 10 minut i po przecedzeniu popijać 3 razy dziennie między posiłkami.

Muszę dopaść kogoś, kto uprawia czarną porzeczkę i pozwoli mi obskubać swój krzaczek z liści. Sama nie mam niestety tej roślinki w moim mikroskopijnym ogrodzie z powodu braku miejsca.

W rewanżu mogę mu zaśpiewać „Dziś do Ciebie przyjść nie mogę”.

Lubie tę piosenkę. Tak samo jak Czesław.

źródła:

Kalinkevich, K., V. E. Karandashov, and L. R. Ptitsyn. „In vitro study of the antiinflammatory activity of some medicinal and edible plants growing in Russia.” Russian Journal of Bioorganic Chemistry 2014;40.7:752-761

Smorodinówka

Kilogram owoców czarnej porzeczki oczyścić z zielonych części, umyć i osuszyć. Następnie zalać litrem 70% spirytusu. Zakryć szczelnie i odstawić w ciepłe miejsce na 6 tygodni. Z 2 litrów wody i 50 dag cukru ugotować syrop, przestudzić i wlać do niego zlany znad owoców spirytus. Zamknąć szczelnie i odstawić na tydzień. Potem przefiltrować nalewkę przez bibułkę filtracyjną, rozlać do butelek, zakorkować i odstawić na pół roku.

Smorodinówka wspomaga trawienie i jest przydatna przy bólu gardła i problemach z górnymi drogami oddechowymi.

Listkówka porzeczkowa

Listkówka wytrawna prosta.

Świeżo zerwane liście czarnej porzeczki (50 sztuk) umyć i osuszyć, a następnie włożyć do słoja i zalać litrem wódki 45%. Szczelnie zamknąć i odstawić w ciepłe miejsce. Po miesiącu nalewkę przefiltrowuje się, rozlewa do butelek i po zakorkowaniu i zalakowaniu odstawia na 8 miesięcy. Najlepsza jest dobrze schłodzona.

 

 

Listkówka słodka.

Zebrać w słoneczny dzień kilogram liści czarnej porzeczki. Umyte i osuszone zalać 1,5 litra wódki 45%. Pozostawić na kilka dni w słonecznym miejscu. Potem przenieść w cień. Po trzech tygodniach przefiltrować, dodać na każdy litr nalewki łyżkę soku z cytryny i odstawić w ciemne miejsce. Liście zasypać 1,5 kilograma cukru, mocno potrząsnąć i postawić w ciepłym miejscu. Codziennie potrząsać słojem z liśćmi. Po rozpuszczeniu się cukru zlać syrop i odcisnąć liście. Dodać syrop do nalewki i dobrze wymieszać. Przelać do butelek i odstawić na pół roku.

W apteczce herosa

Krwawnik pospolity jest rośliną, jako żywo, bardzo pospolitą. Znaleźć go można na prawie każdej łące. Jednak jego aktywność biologiczna jest absolutnie niepospolita.

Mnie szczególnie interesują jego właściwości przeciwzapalne oraz zdolność usuwania z moczem szkodliwych produktów przemiany materii.

Dodatkowo alkoholowy wyciąg z ziela krwawnika jest inhibitorem XO (o niej więcej tutaj), czyli hamuje jej aktywność.

Krwawnik działa rozkurczowo na drogi żółciowe i wspomaga wydzielanie i przepływ żółci. Dla mnie to jeszcze jeden jego atut, gdyż wątroba, jest jednym z moich słabych ogniw .

Powinni z krwawnikiem uważać Ci, którzy mają duże problemy z drożnością dróg żółciowych, może bowiem spowodować bolesną kolkę. Są też osoby uczulone na krwawnik, więc jeśli ktoś nigdy go nie stosował, powinien robić to na początku ostrożnie.

Młode liście krwawnika są dobrym dodatkiem do sałatek, jajecznicy i chleba żytniego z masłem.

Napar przygotowuje się z łyżki suszonych kwiatów lub ziela krwawnika zalanych półtorej szklanki wrzątku i parzonych 30 minut.

Sok ze świeżego ziela krwawnika (zbieranego w początkach kwitnienia) przepuszczonego przez maszynkę utrwala się 95% spirytusem (1 część spirytusu na 4 części soku), przechowuje w lodówce i popija po łyżce dodanej do 1/4 szklanki wody lub soku 2-4 razy dziennie.

Łacińska nazwa krwawnika to Achillea millefolium.

Ponoć kiedy Achilles przebił swoją włócznią udo Telefosa, syna Heraklesa, rana nie chciała się zagoić przez osiem lat. Wreszcie różnymi pokrętnymi metodami (jedna wersja mitu mówi, że szantażem, inna, że obietnicą wskazania drogi do Troi) Telefos nakłonił Achillesa, żeby ten go uleczył. Wystarczyła odrobina rdzy z włóczni Achillesa zmieszana z krwawnikiem, aby jątrząca się rana wreszcie się zagoiła.

Nie będę chyba próbować tego dokładnie sposobu na rany. Choć im więcej dowiaduje się o naukowych uzasadnieniach rożnych dziwnych wielowiekowych medycznych praktyk, tym częściej myślę, że może kiedyś okaże się, że i z tym lekiem Achillesa jest coś na rzeczy.

W końcu Achilles był wychowankiem i uczniem centaura Chirona (o którym wspominałam już w „Bławatek – co mnie łączy z cesarzem”), a ten o leczeniu wiedział wszystko.

Dyrektor pewnego banku pochwalił się kiedyś w telewizyjnym wywiadzie, że uczył się łaciny i zacytował łacińską sentencję „pieniądze nie śmierdzą”, co w jego wykonaniu brzmiało „petunia non olet”. Sentencja ta brzmi „pecunia non olet”, a petunia to ładny kwiat balkonowy.

Jak widać niektórzy uczniowie wynoszą z lekcji tylko tyle, że „gdzieś dzwoni, ale nie wiadomo w którym kościele”, ale bohatera wojny trojańskiej o to nie podejrzewam.

źródła:

Owen, Patrick L., and Timothy Johns. „Xanthine oxidase inhibitory activity of northeastern North American plant remedies used for gout.” Journal of Ethnopharmacology 1999;64(2):149-160

 

 

Dobre są każde zęby, które prowadzą do gęby

Gdyby „zęby mądrości” były wyznacznikiem mądrości, nie byłoby nic dziwnego w tym, że niektórym ludziom wyrzynają się dopiero pod czterdziestkę.

A niektórym wcale.

„Ósemki” są najbardziej narażone na próchnicę, bo trudno je dobrze wyczyścić.

A próchnica, jako siedlisko bakterii, może mieć bardzo nieprzyjemne skutki dla całego organizmu. Może doprowadzić do wielu poważnych stanów zapalnych nerek, serca, stawów.

Wiele osób usuwa więc „ósemki”, zanim próchnica je zaatakuje. Inną przyczyną usuwania tych zębów jest strach przed brakiem miejsca w ustach dla innych zębów w przyszłości i powstanie defektów w urodzie.

Próchnica może zaatakować każdy ząb. Bakterie, które wywołują próchnicę, siedzą sobie spokojnie w naszej jamie ustnej, czekając na sprzyjające warunki. Wyrwać więc sobie wszystkie zęby i wstawić implanty?

Przegląd badań naukowych, dokonany na Universidade Federal de Minas Gerais w Brazylii wskazuje, że „zęby mądrości” nie mają wiele wspólnego z późniejszymi defektami w uzębieniu. Nie ma też naukowego uzasadnienia ich profilaktyczne usuwanie w strachu przed powikłaniami związanymi z próchnicą.

Po prostu jeśli masz próchnicę to masz kłopot. Niezależnie, które zęby zaatakuje.

Usuwanie „ósemek” wiąże się z ryzykiem powikłań, „suchym zębodołem”, bólem, koniecznością łykania antybiotyków itp.

Wygląda na to, że praktyka usuwania zdrowych „zębów mądrości” przynosi korzyści głównie dentystom.

źródła:

Costa, Moacir Guilherme da, et al. „Is there justification for prophylactic extraction of third molars? A systematic review.”Brazilian oral research 27.2 (2013): 183-188.

 

 

Zatroszczmy się o podróżnika

Stojąc pewnego dnia w wielkim korku na Wale Miedzeszyńskim, zmęczona ogromnym upałem przyglądałam się bezmyślnie ludziom koszącym pobocze. Rozmawiali głośno w obcym języku składającym się właściwie z dwóch słów. Jedno z nich było czasem poprzedzane przedrostkami „za”, „przy”, „do”, „u”, „na” lub „wy”, a drugie służyło za przecinek. Po paru minutach znałam już ten język doskonale i byłabym w stanie biegle się nim posługiwać.

Rozmyślając tak o lingwistyce skonstatowałam nagle, że koszący chwasty omijają skrzętnie roślinkę o pięknych, niebieskich kwiatach – cykorię podróżnik (Cichorium intybus L.).

Nie sądzę, by kierowała nimi znajomość jej leczniczych właściwości.

Myślę, że jest ona tak ładna, że było im jej zwyczajnie żal.

Ta wrażliwość na piękno okazana przez facetów w seledynowych kamizelkach, których miałam (słysząc ich rozmowę) za osobników o mało wyrafinowanych gustach, prawie mnie wzruszyła.

Uroda niebieskich kwiatów cykorii podróżnik, robiąca wrażenie na robotnikach drogowych, to tylko jeden z jej przymiotów.

Jej młode liście można dodawać do sałatek, a uprażony i zmielony korzeń stosować jak kawę. Napar z kwiatów pomoże na zapalenie spojówek i leczy wypryski na skórze.

Syreniusz zaleca:

„Podagrze z gorącej przyczyny poszłey/ Podrożnikowe ziele utłuc/ y plastrem przykładać/ albowiem bolesci w nich uskramia”

W swoim „Zielniku” podaje także ciekawy przepis kulinarny z dodatkiem cykorii podróżnik:

„Nakładą na mięso liścia Podróżnikowego całego bądź y z korzeniem wespoł/ a gdy uwre/ osobno go wyłożą na miskę/ y poleią go trochą agrestu/ potrawa bardzo przyjemna zdrowym/ y w gorączkach będącym.”

Zaleca także „sok Podrożnikowy/ Piersiom białogłowskim zbytnie obwisłym y rozwiezionym”.

W Indiach tradycyjnie używa się tego zioła w leczeniu dny moczanowej.

Korzeń cykorii podróżnik jest jednym z najlepszych prebiotyków i pobudza prawidłowy rozwój naszej flory bakteryjnej. Reguluje wydzielanie żółci i poprawia trawienie.

W badaniach na zwierzętach wykazano, że mieszanka majeranku (Origanum majorana L.) i korzenia cykorii podróżnik jest bardzo dobrym lekiem na otyłość.

Cykoria podróżnik to zioło bezpieczne i można je podawać w postaci naparu dzieciom i kobietom w ciąży.

Oby można je było znaleźć, tak jak dotychczas, prawie wszędzie.

Do głowy przyszedł mi taki oto dystych:

„Zatroszczmy się wszyscy o podróżnika

Niechaj z poboczy nigdy nie znika”.

Nie jest to może przykład poezji wysokich lotów, ale może wpadnie przypadkiem w ucho innym koszącym pobocza.

źródła:

Singh, Ravinder, and Khushminder Kaur Chahal. „Cichorium intybus L: A review on phytochemistry and pharmacology.” IJCS6.3 (2018): 1272-1280.

Chandra, K., and Swatantra Kumar Jain. „Therapeutic potential of Cichorium intybus in lifestyle disorders: A review.” Asian J Pharm Clin Res 9.3 (2016): 20-25.