Rehabilitacja na rowerze – Serbia

Żeby  stawy ciągle się nam ruszały musimy nimi ruszać. Nawet wtedy, kiedy bolą. Chrząstka stawowa jest strukturą żywą i podlega regeneracji w każdym wieku. Aby ją odżywić niezbędne jest naprzemienne obciążanie i odciążanie stawu.

A zatem jazda na rowerze i picie wody (woda stanowi 80% tkanki chrząstki) to doskonała rehabilitacja dla moich stawów kolanowych.

Lubię jazdę na rowerze. Dlatego pomysł przejechania naddunajskiego szlaku Eurovelo 6 bardzo mi się spodobał. Zaliczyłam już odcinek Wiedeń – Budapeszt i Budapeszt – Belgrad.

W 2018 roku przyszedł czas na etap Belgrad – Giurgiu.

Sprawdzoną już na poprzednich odcinkach siedmioosobową ekipą ruszamy w drogę tuż za Belgradem. 

Eurovelo 6 przebiega tam wałem nad rozlewiskami Dunaju. 

Jak to pod koniec maja świeża zieleń jest oszałamiająca. Co jakiś czas prawie  nas ogłusza głośny rechot żab.

Przez wał przechodzą żółwie i przebiegają zielone jaszczurki.

Nie spotykamy prawie w ogóle ludzi, tylko białe i siwe czaple, bociany i inne ptaki.

Od czasu do czasu pojawia się jakiś pasterz owiec czy krów, albo świniopas, wypatrujący świni, która przeszła na drugą stronę rozlewiska i i nie słucha jego głośnych nawoływań i perswazji.

A świnia to nie byle jaka. To mangalica, której mięso uchodzi za bardzo smaczne i zdrowsze, niż to z innych ras.

Zdania fachowców są w tej kwestii podzielone.

Ja jednak,  patrząc na ryjące w rozlewiskach pełnych różnej roślinności świnki,  jestem przekonana, że to prawda.

Pierwsza rowerowa awaria zmusza nas  do zajrzenia do miasteczka i poszukania serwisu rowerowego. W serbskim miasteczku koń nie jest żadną niespodzianką. Czasem nawet potrafi dla nas zatańczyć.

Do Serbów mówimy powoli po polsku pomagając sobie trochę gestami. Rozumieją wszystko. My ich rozumiemy także. Pomimo braku części zapasowej pomagają nam  metodą „pomysłowego Dobromira” i możemy ruszać dalej.

Jest tak pięknie, że mam ochotę zatrzymywać się co parę minut i robić zdjęcia.

Ale chcemy dojechać do celu, którym jest granica Rumunii z Bułgarią. Trzeba więc pedałować.

Przed nami prawdziwe wyzwanie – Djerdap – Żelazne Wrota.

Przełom Dunaju.

Aby go zobaczyć musimy przejechać w wielkim upale, zwykłą drogą, bez pobocza, pokonując liczne tunele. A podjazdy mają nachylenie do 10%. Mordęga.

Mijamy zamek Golubac. Tu Turcy zabili nam Zawiszę Czarnego.

Jeszcze parę lat temu, kiedy podróżowałam tu samochodem, droga prowadziła pod zamkiem, a upamiętniająca naszego rycerza tablica była dostępna dla każdego. Ale teraz zamek otacza ogrodzenie i trzeba kupić bilet.

Żar leje się z nieba, ale my w pocie czoła pokonujemy stromy podjazd.

Nie wiem, jak dajemy radę. Poprzedni wieczór spędziliśmy przecież w towarzystwie Mili, właścicielki agroturystyki, jej syna, Gorana, oraz sporych ilości pysznego wina Vranac.

Mila ma 70 lat, a figurę i energię 30-latki. Jej dom otaczają piękne róże, które sama rozmnaża. Mówi o sobie, że jest „fabrikant super bienzin”.

Ten sporządzany przez nią ze śliwek produkt, w sporej ilości zabieram do domu. Mila mówi, że świetnie się robi na nim nalewki ziołowe.

Droga na Żelazne Wrota pnie się coraz wyżej. Jest pięknie.

Aż się prosi, żeby zrobić sobie portrecik na tle cudnych widoków.

Niestety w odblaskowej kamizelce i kasku, ze swoim aparatem fotograficznym, wyglądam na nim zupełnie jak robotnik drogowy z dyndającą u szyi krótkofalówką.

W tunelach świecimy czym się da i ostro naciskamy pedały, żeby minąć je jak najszybciej i nie spotkać w żadnym dwóch mijających się ze sobą tirów. Na szczęście ruch nie jest wielki i bez strat w ludziach i sprzęcie docieramy na górę.

Tam czeka prawdziwa nagroda.

Dunaj  wąski tak, że można go prawie przeskoczyć.

Całkiem zapominam o upale, zmęczeniu i pragnieniu. Na nic nie narzekam. Bo widok zaparł mi dech. I to na długo.

Ale trzeba ruszać dalej. Będzie już  łatwiej – w dół.

Do Rumunii.

O niej napiszę innym razem. Bo Rumunia to zupełnie „inna bajka”.

Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście do tej pory, to z zachęcam Was – wybierzcie się do Serbii.

Póki można tam zobaczyć jeszcze krowy bez żółtych kolczyków z numerkami w uszach i ryjące nad rzeką mangalice.

Póki Mila może produkować „super bienzin”.

Może zdążycie też, zanim „pekary” zmienią się w kawiarnie jakiejś znanej sieci, a „domacza kawa” i ciepły „burek” zostaną  zastąpione przez kawę w papierowym kubku i „świeżo wypiekaną drożdżówkę”, zapakowaną w aluminiową folię,  z rocznym terminem przydatności do spożycia.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *