Niektórzy lubią kompot z wiśni

Alibabki, znany girlsband PRL-u,  śpiewał  nie byle jakie pioseneczki.

Na przykład słowa tej, którą tu Wam przypomnę, napisał słynny pisarz Ireneusz Iredyński. Muzykę zaś skomponował równie słynny muzyk Jan Ptaszyn Wróblewski.

„Niektórzy lubią kompot z wiśni, inni blask słońca na podłodze .”

A ja lubię i jedno i drugie. Pasjami lubię fotografować blask słońca na posadzkach zwiedzanych zamków i pałaców.

I lubię też kompot z wiśni gotowany z goździkami, których skuteczność w zwalczaniu stanów zapalnych stawów „opiewałam” kiedyś  w poście „Czapka i czapetka na stoku”.

Wiśnie były w ogrodzie moich rodziców zawsze. Czas ich kwitnienia w dzieciństwie łączył się koniecznością włożenia znienawidzonych podkolanówek i pójścia na pierwszomajowy pochód. Potem, w czasach studenckich, kojarzę go z wyjazdem na pierwszomajowy spływ kajakowy. Z radością się pakowałam, choć z pewnym żalem myślałam o tym, że kiedy wrócę, kwiatów już nie będzie.

Kiedy przeczytałam w

Kolasinski, Sharon L. Food, Drink, and Herbs: Alternative Therapies and Gout., Current Rheumatology Reports 2014;16(4):1-7

że codzienne jedzenie wiśni (10-12 sztuk) zmniejsza ryzyko wystąpienia napadów dny moczanowej, stały się one moim nieodzownym dodatkiem do jogurtu. Jeśli nie ma świeżych zastępują je mrożone.

Kwitnące drzewa wiśni są absolutnie niebiańskie. Zazdroszczę Japończykom Hanami – „święta podziwiania kwiatów wiśni”. Subtelny film pod takim właśnie tytułem bardzo mnie wzruszył.

Gdyby tak zamienić któreś z naszych świąt państwowych, pełnych smutku i rozpamiętywania bolesnej przeszłości, na przykład na „Święto podziwiania kwiatów jabłoni”. Albo dodać nowe?

Może drugiego maja? I tak nikt nie pracuje wtedy.

Co Wy na to?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *