Czapka i czapetka na stoku

Narciarz ze mnie kiepski. Rzadko jeżdżę na nartach. Przede wszystkim dlatego, że od dziecka po prostu nie cierpię noszenia czapki czy czegokolwiek innego na głowie (a bez tego na stoku się nie da) i nie znoszę szarpania się z kombinezonem narciarskim w toalecie.

Na dodatek  moje wymagania co do aury sprzyjającej szusowaniu są bardzo, ale to bardzo wygórowane. Ale czasem, kiedy jest pięknie, słonecznie, ciepło, pusto i wystarczająco dużo śniegu pokrywa stoki, zdarza mi się pokonać jakąś szeroką i łagodną  „dyrektorską” trasę.

Zresztą narciarstwo to nie jest dla podagryka wymarzony sport. Nadwyrężone stawy dają o sobie znać. Na szczęście zwykle na narciarskich stokach można pokrzepić się grzanym winem. Kiedyś postrzegałam je jedynie jako środek rozgrzewający i źródło przyjemnego zapachu.

Teraz już wiem, że, o ile moim wrogiem na stoku jest czapka, to przyjacielem jest czapetka. Jej częściowo rozwinięte pączki kwiatowe, czyli goździki, hojnie dodawane do gara z grzańcem, zawierają zbawienny dla mnie, przeciwzapalny eugenol.

Na dodatek (o czym można poczytać w moim sylwestrowym wpisie) rezweratrol zawarty w winie jest  użyteczny w profilaktyce zapalenia stawów.

Teraz,  kiedy piję grzane wino na stoku, czuję się całkowicie usprawiedliwiona. Zażywam lekarstwo. Przyznam, że dodaje ono też nieco animuszu przy pokonywaniu trudniejszych odcinków trasy, ale przede wszystkim dobrze wpływa na moje stawy.

Czasem mam wrażenie, że niektórzy inni narciarze zachowują się na stoku  jak Asterix i Obelix po wypiciu magicznego wywaru Panoramixa. Ale to przypisać należy zupełnie innemu niż eugenol i rezweratrol składnikowi w kotle z grzańcem oraz zdecydowanie zbyt wysokim jego dawkom.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *