W karnawale o zawale

Podagrykowi nie jest łatwo, kiedy poczyta trochę w podręcznikach medycyny o swojej chorobie. Hiperurykemia, będąca podłożem dny moczanowej, jest także czynnikiem aterogennym.

Oznacza to, że zwiększa ryzyko choroby wieńcowej i zawału serca.

Nie bardzo mi się ta informacja podoba.

Na szczęście dbałością o wystarczającą ilość kwasów omega-3 w jadłospisie (pisałam o nich tutaj) i aktywnością fizyczną można widmo zawału od siebie odsunąć.

A taniec, który kocham, jest z tych aktywności jedną z najprzyjemniejszych i całkowicie porównywalną z innymi rodzajami często nudnawych ćwiczeń.

Pokazują to liczne badania naukowe. Można poczytać o tym na przykład tu:

Aweto, H. A., et al. „Effects of dance movement therapy on selected cardiovascular parameters and estimated maximum oxygen consumption in hypertensive patients.” Nigerian quarterly journal of hospital medicine 22.2 (2012): 125-129.

Gomes Neto, Mansueto, Mayara Alves Menezes, and Vitor Oliveira Carvalho. „Dance therapy in patients with chronic heart failure: a systematic review and a meta-analysis.” Clinical rehabilitation 28.12 (2014): 1172-1179.

Więc chwytajcie w objęcia kogo macie pod ręką i ruszajcie do tanga La cumparsita.

Karnawał, karnawał !

I nie zagrozi nam zawał!

 

 

 

Noworoczne postanowienie

W Internecie roi się od różnych poradników.

Ku mojemu zaskoczeniu także takich, które pomagają podjąć postanowienie noworoczne.

A to – „rzucę palenie”, a to – „schudnę”, a to – „nauczę się języka obcego”, a to – „poprawię relacje z bliskimi”, a to – „nie będę jeść w fast food-ach” itp.

Jeden z nich zawiera podobno aż 70 różnych New Year’s resolutions.

Moje Tegoroczne Postanowienie Noworoczne, podjęte wszakże bez poradnika, jest takie, że nie będę podejmować żadnych noworocznych postanowień.

Chcę Wam jedynie złożyć życzenia noworoczne, zasłyszane kiedyś we Lwowie, w czasie pewnego bardzo mroźnego Sylwestra spędzanego w międzynarodowym towarzystwie, podczas którego mogłam witać Nowy Rok aż trzy razy.

Pierwszy przyszedł bowiem Nowy Rok według czasu rosyjskiego i mogłam wnieść toast z Rosjanami. Potem nastąpił ukraiński Nowy Rok i mogłam przyłączyć się z toastem noworocznym do Ukraińców. Wreszcie i w Polsce nadszedł Nowy Rok i mogłam go uczcić z moimi rodakami.

Życzę Wam zatem, abyście z chęcią wychodzili do pracy (zawodowej czy jakiejkolwiek innej) i z równą chęcią wracali do domu po pracy.

Szczęśliwego Nowego Roku!

 

 

 

 

 

Zgaga w świętowaniu nie pomaga

Niezależnie od tego, jak spędzamy Święta, zwykle wcześniej czy później nasze drogi doprowadzą nas do czyjegoś bardzo suto zastawionego stołu.

Bardzo lubię świąteczne biesiadowanie z moimi bliskimi, zaśmiewanie się z historyjek rodzinnych opowiadanych za każdym razem w inny sposób, śpiewanie kolęd i filozoficzne dysputy prawie do rana.

Niestety konsekwencje podjadania smakołyków bywają niezbyt przyjemne.

Jednym z moich patentów na dobre samopoczucie przy świątecznym stole jest rozpoczęcie łasuchowania łyżeczką mielonych ziół – kminku i majeranku, a jego zakończenie kieliszkiem gorzkiego likieru.

Z każdej podróży przywożę jakiś gorzki napitek.

A to Gorki List z Serbii, Unicum z Węgier, Черный Рыцарь z Białorusi, Maagbitter z Luksemburga, Rīgas Melnais balzams z Łotwy czy Fernet Stock z Czech.

W mojej kolekcji jest też Demänovka horká ze Słowacji i Averna Amaro Siciliano z Sycylii oraz różne gorzkie napitki z Rumunii, Albanii i Bóg wie skąd jeszcze.

Zgaga i niestrawność nie jest tym, co chciałabym dostać pod choinkę.

Wy zapewne także nie.

Polecam więc mój patent i życzę Wam udanych, ciepłych, miłych i bardzo zdrowych Świąt!

Wszyscy na podium !

 

Moi Drodzy, bardzo dziękuję tym z Was, którzy wzięli udział w konkursie. Było dla mnie naprawdę wielką przyjemnością czytanie Waszych wierszyków i haseł.

Bardzo trudne okazało się wybranie jednego zwycięzcy. Jury postanowiło więc, że oprócz pierwszej nagrody zostanie przyznana także nagroda dodatkowa.

Pierwszą nagrodę otrzymuje Grażyna za wierszyk o podagryczniku. Zdradzę, że niespodzianką, o której była mowa w konkursowym poście, jest gliniany garnek do pieczenia.

„Podagrycznik – kozie ziele.
W dni powszednie i w niedziele.
Jedz „na zdrowie” – powiem szczerze,
Będziesz jeździł na rowerze.
Młode kłącza, kwiaty, liście,
Moc w roślinie – oczywiście!
Winka z ziela nalej także,
I zapomnij o podagrze!”

Nagrodę dodatkową (olejek lawendowy od świętej Hildegardy doskonały do relaksujących kąpieli, olejek cedrowy do stosowania przy katarze i bólu zatok oraz mydło z dodatkiem pszczelego wosku) otrzymuje Monika J. za wierszyk o imbirze.

„Imbir? Już się nie poplącze,
To od wieków znane kłącze,
W mleku, winie, spirytusie,
Też skutecznie działa mu się,
Na infekcje, ból i mdłości,
Niech na dobre w dom zagości.”

Pozostałe osoby, które wzięły udział w konkursie, otrzymają ode mnie w podziękowaniu drobny upominek – ręcznie robione mydło. Oprócz siły i aromatu ziół zaklęte są w nim okruszki serc wspaniałych ludzi, którzy je robili, a których dane mi było poznać osobiście w wielce przyjemnych okolicznościach przyrody.

Wszystkie osoby, które brały udział w konkursie, proszę o przesłanie na kontakt@klinikapodagryka.pl imienia i nazwiska oraz adresu, na który mają być wysłane nagrody.

 

Jak nie mieć pecha do pH

Jakiś czas temu dowiedzieliśmy się z licznych reklam i publikacji internetowych, że ogromnej większości nękających nas chorób winne jest „zakwaszenie organizmu”. Musimy się zatem „odkwaszać”.

Doprowadziło to do całej masy nieporozumień i prób „odkwaszania” sobie żołądka, który z natury powinien być właśnie mocno „zakwaszony”(prawidłowe pH soku żołądkowego to ok. 1,5), żeby mógł dobrze trawić.

Warunkiem zdrowia jest stan równowagi kwasowo – zasadowej w naszym organizmie. Czyli stan optymalnego dla naszego życia stężenia jonów wodoru w przestrzeniach wewnątrzkomórkowych i zewnątrzkomórkowych. Taki optymalny stan jest utrzymywany dzięki homeostazie procesów ustrojowych, czyli ich samoregulacji.

Miarą równowagi kwasowo – zasadowej w organizmie jest pH krwi, które powinno wynosić 7,35-7,45 dla krwi tętniczej i 7,32-7,42 dla krwi żylnej.

Jak można poczytać w

Carnauba, Renata Alves, et al. „Diet-induced low-grade metabolic acidosis and clinical outcomes: a review.” Nutrients9.6 (2017): 538.

kiedy pH krwi zbliża się do dolnej granicy mamy do czynienia z przewlekłą kwasicą metaboliczną niskiego stopnia (LGMA).

Przewlekłą kwasica metaboliczna niskiego stopnia (LGMA) może prowadzić do dny moczanowej, powstawania kamieni nerkowych, insulinooporności, cukrzycy, nadciśnienia i niealkoholowego stłuszczenia wątroby.

Głównym czynnikiem wpływającym na LGMA jest dieta i brak w niej równowagi pomiędzy spożyciem zasadotwórczych owoców i warzyw, a spożyciem białka zwierzęcego i innych produktów kwasotwórczych (jak fasola czy orzechy).

Wydawałoby się, że sprawę rozwiązuje całkowite wyeliminowanie białka zwierzęcego. Ale nieumiejętnie skomponowana dieta wykluczająca mięso też może zaburzyć równowagę kwasowo – zasadową, tyle, że w drugą stronę. A to też jest szkodliwe i może prowadzić na przykład do poważnych zaburzeń w pracy serca.

Jan Sztaudynger, nasz frywolny fraszkopisarz, tak pisał o równowadze:

„By równowaga nie była zwichnięta,

Podnosząc suknię, spuszczała oczęta”.

Nasunęło mi to taką fraszka:

„By nie mieć pH nieprawidłowego,

Jadaj buraczki do schabowego”.

 

A co z DMSO?

Wśród porad dotyczących naturalnych sposobów leczenia dny moczanowej lub bólu stawów przewija się często DMSO – organiczny związek chemiczny o nazwie dimetylosulfotlenek, pozyskiwany z drewna (jest także produktem ubocznym przy produkcji papieru).

To substancja o silnych właściwościach przeciwzapalnych i źródło siarki, która jest nam do życia niezbędna. Jest ona między innymi składnikiem insuliny i żółci.

Siarka ułatwia też regenerację chrząstki stawowej i przywraca sprawność stawów.

W sieci można znaleźć wiele informacji o cudownych skutkach stosowania DMSO na przeróżne dolegliwości. Niektórzy nazywają ją „ukrywaną substancją przeciw nowotworom” inni „cudownym uzdrawiaczem”, jeszcze inni „odkryciem stulecia”.

Postanowiłam bliżej przyjrzeć się naukowym doniesieniom o DMSO i już na wstępie rzucił mi się w oczy artykuł pod niepokojącym tytułem:

„Unexpected low-dose toxicity of the universal solvent DMSO”,

opublikowany w The FASEB (Federation of American Societies For Experimental Biology) Journal w 2014 roku.

Istnieje sporo publikacji o tym, że DMSO nie jest toksyczny i o tym, jak świetnie sprawdza się jako lek na wiele przypadłości.

Jednak jeśli czytam, że jacyś naukowcy opublikowali tekst pod tytułem: „Nieoczekiwana toksyczność niskiej dawki uniwersalnego rozpuszczalnika DMSO”, to zapala mi się czerwone światełko. Nawet wówczas, gdy jest jeden z nielicznych negatywnych tekstów naukowych na temat DMSO wśród setek pozytywnych (i nawet jeśli dotyczy badań na szczurach).

Wiele leków i substancji było uznawanych przez lata za całkowicie bezpieczne. Potem, po kilku czy kilkudziesięciu latach, okazywało się, że ich stosowanie prowadzi do ciężkich chorób. Tak było na przykład z Talidomidem, który w latach 50-tych, jako uznany przez naukowców za bezpieczny, był sprzedawany bez recepty oraz zalecany kobietom w ciąży. Po 10 latach ci sami (lub może inni) naukowcy zmienili zdanie i udowodnili, że to on właśnie spowodował ciężkie deformacje dzieci urodzonych przez zażywające go przyszłe matki.

Nie jestem naukowcem i nie wiem, jaka jest cała prawda o DMSO i pewnie na razie nikt tego nie wie.

Ale jakoś nie mam do tej substancji zaufania.

Pozostanę przy ziołach.

O nich, przez setki, a czasem tysiące lat, nie zmieniano zdania. Jest kilka ziół, które podpadły naukowcom za alkaloidy pirolizydynowe, ale jak się temu tematowi bliżej przyjrzeć, to zarzuty są bezpodstawne.

To mnie całkowicie do ziół przekonuje.

A siarkę będę sobie czerpać z ryb, rzeżuchy, cebuli, czosnku, kapusty, kalafiora, rzodkiewki, brukselki, moreli, awokado i truskawek.

No i oczywiście z siarkowych kąpieli w różnych uzdrowiskach.

Nie tylko w Solcu Zdroju (o którym można poczytać tutaj) i Oravicach (o których pisałam tutaj).

O innych moich „siarkowych” miejscach jeszcze napiszę.

 

Moje 2000

Moi Drodzy, bardzo mi miło, że już ponad 2000 osób polubiło moją stronę.

W podziękowaniu mam dla Was kolejny mały konkurs.

Nagrodą nie będzie połówka banknotu 2000 pesos, którą Waldek na cargo mógłby wymienić na furgonetkę złota, ściągając zwycięzcę swoim skorumpowanym wzrokiem. Nie udało mi się niestety jej zdobyć.

Ale zwycięzca konkursu otrzyma:

dwa ręcznie robione mydła nostrzykowe;

portret przywrotnika na ręcznie robionym papierze z mojej ulubionej papierni w Czechach;

dżem z zielonych sosnowych szyszek według kaukaskiej receptury (jesienią i zimą pomoże przy przeziębieniu) ;

ostrą konfitura z jarzębiny (idealną do mięsa);

Dorzucę do tego jeszcze moje zdobycze z wiosennych wypraw:

likier klasztorny z klasztoru świętej Hildegardy z Bingen;

galaretkę z czerwonego wina z dodatkiem korzennych przypraw (także z klasztoru Hildegardy), polecaną przez siostrzyczki do zimnych mięs, serów i kaczki;

buteleczkę sprawdzonej tradycyjnej gorzkiej serbskiej nalewki na trawienie o nazwie Gorki list;

notes z fajną drewnianą okładką;

Będzie też niespodzianka z Rumunii, której nie ma na zdjęciu, bo ma być niespodzianką.

Nagrodę zdobędzie autor najciekawszego hasła reklamującego wybraną roślinę spośród tych, o których do tej pory pisałam.

Hasło musi łączyć się z moim wpisem o wybranej  roślinie jakimś elementem, który we wpisie występuje, oprócz oczywiście samej rośliny.

Dla przypomnienia rośliny, o których pisałam:

miechunka (tutaj), wawrzyn szlachetny (tutaj), stokrotka (tutaj), podagrycznik (tutaj), ogórecznik (tutaj), czapetka (tutaj), rumianek (tutaj), owies (tutaj), seler (tutaj), robinia (tutaj), pierwiosnek (tutaj), cebula (tutaj), wiśnia (tutaj), brzoza (tutaj), imbir (tutaj), poziomki (tutaj), nawłoć (tutaj), skrzyp (tutaj), pietruszka (tutaj), uczep trójlistkowy (tutaj), oliwka (tutaj), ruta (tutaj), ostrożeń warzywny (tutaj), bławatek (tutaj).

Wzięcie udziału w konkursie nie wymaga udostępnienia posta, ale będzie mi bardzo miło, jeśli poinformujecie swoich znajomych o konkursie i polubicie moją stronę.

Konkurs musi mieć regulamin, zatem poniżej  go podaję:

1.    W konkursie mogą wziąć udział osoby pełnoletnie.
2. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest odpowiedź na zadanie konkursowe na blogu pod konkursowym wpisem.
3.  Konkurs trwa od 10. 10.2018 do 20.11.2018
4. Najciekawszą odpowiedź wyłoni komisja konkursowa złożona ze mnie, mojego męża i córki.
5. Wynik konkursu zostanie ogłoszony na blogu 25.11.2018.
6. Zwycięzca, aby otrzymać nagrodę, musi przesłać mi do dnia 30.11.2018 adres, na jaki ma zostać ona wysłana. Informacja ta powinna zostać wysłana na adres: kontakt@klinikapodagryka.pl  lub przez wiadomość na stronie  Fb.
7. W przypadku braku kontaktu ze strony zwycięzcy w ustalonym terminie komisja dokona innego wyboru.

Zapraszam Was do wspólnej zabawy !

 

 

Gdzie się podziały nasze bakterie?

Coraz częściej słyszymy o tym, że nękające nas choroby są wynikiem braku odpowiednich bakterii w organizmie. Wytłukliśmy je antybiotykami i sami sobie jesteśmy winni.

W książce „Utracone mikroby” autor, Martin J. Blaser, mikrobiolog, stawia tezę, że choroby cywilizacyjne i epidemia otyłości na świecie są skutkiem nadużywania antybiotyków i braku odpowiednich mikroorganizmów w naszym ustroju. Niektóre zniknęły już bezpowrotnie.

Naukowcy szacują, że liczba komórek bakterii w naszym ciele przekracza 10-ciokrotnie liczbę naszych własnych komórek. Zatem jest w nas tych gości cała masa. Żyjemy sobie we względnej zgodzie, dopóki albo jakaś bakteria za bardzo nie zacznie się panoszyć, albo znów inną, potrzebną, wytrzebimy antybiotykiem.

Pojawiają się liczne laboratoria, które oferują badania i dobieranie dla nas odpowiedniego zestawu mikrobów, które pozwolą nam odbudować właściwą florę bakteryjną.

I tu pojawia się pewna moja wątpliwość, którą wyraziłam już w poście „Nobody is perfect” (tutaj). Mianowicie gdzie znajduje się wzorzec człowieka, do którego można nas porównać, jeśli chodzi o skład flory bakteryjnej?

Dlatego nie będę  badać mikroflory swoich jelit i kupować zestawu bakterii dla siebie.

Pozostanę przy tradycyjnych źródłach „dobrych bakterii”, zwanych mądrze probiotykami, czyli poczciwych kiszonkach.

Oczywiście nie można zapomnieć też o prebiotykach, czyli takich składnikach pożywienia , które tworzą dobrą atmosferę probiotykom do życia i rozmnażania.

Korzeń cykorii podróżnik to jedno z najbogatszych źródeł prebiotyków.

A więc kawa z  korzenia cykorii w moim menu jest absolutnie konieczna.

Probiotyki ucieszą się też z cebuli,  (było o niej tutaj), czosnku, bananów, ziemniaków oraz mniej banalnego topinamburu.

Na fali badań nad mikrobiomem człowieka coraz głośniej mówi się, o stosowanym już od paru lat w różnych klinikach (z dobrym skutkiem) przeszczepianiu bakterii zdrowych ludzi tym, którzy chorują.

Naukowo nazywa się to „przeczepianie mikroflory”, co w nieco mniej naukowym języku jest po prostu „przeszczepianie kupy”, czyli podawaniem choremu zawiesiny z odchodów zdrowego dawcy.

Tyle tylko, że, jak pisze Martin Blaser, niedługo dawców będziemy musieli długo szukać, ponieważ prawie nie ma już ludzi, którzy nie mieli styczności z antybiotykami i ich flora byłaby w stanie prawie, nazwijmy to, pierwotnym.

Podaje przykład Indian z pewnej odciętej od cywilizacji wioski, którzy w tej kwestii są istnym skarbem,  a ich flora jelitowa jest wielokrotnie bogatsza, niż flora mieszkańców „cywilizowanych krajów”.

Ale kiedy tak sobie czytałam tę książkę,  to naszła mnie myśl, że kiedyś (co komuś może się wydać nieprawdopodobne) dzieci kąpały się w wannie w wodzie po tym, jak kąpiel wziął ich ojciec.

Tatuś zajadał się ziemniaczkami na obiad, a często święty nie był i nie raz wcinał ogórki kiszone pod wódeczkę i pił sok z kapusty kiszonej na kaca.

Może to był powód, że dzieciom nie trzeba było przeszczepiać kupy Indian, aby były zdrowe?

Holenderko, mon amour

Kiedyś dyskutowałam długo wieczorem z dziewczyną, która zadała pytanie na forum miłośników naturalnych metod leczenia oraz zdrowego tryby życia. Chodziło o to, czym można zastąpić mleko. Zapytałam, dlaczego w ogóle chce je czymś zastąpić i że jeśli ma problemy z trawieniem laktozy polecam jogurty, kefiry i zsiadłe mleko.

Odpowiedziała mi, że chce to zrobić ze względów ideologicznych. Bo krowy są hodowane, trzymane w niewoli i dojone. I że jest to bardzo niehumanitarne.

Pierwszą wątpliwością, którą miałam, było to, że jeśli nikt nie będzie pił mleka i jadł wołowiny, to nikt nie będzie hodował krów i wymrą całkiem. Ale dziewczyna ripostowała, że przecież mogłyby, jak krowy w Indiach, przechadzać się spokojnie na wolności nie być niepokojone przez nikogo.

Tu wyraziłam wątpliwość, że w Polsce zimą krowa na wolności by nie przeżyła. Odpowiedzią było, że część uwolnionych krów jakoś mogłaby przedostać się do cieplejszych krajów i żyć na wolności. Fakt, trudno się z tym nie zgodzić. Przekonana odpuściłam. Zaczęłam się nawet interesować maszynkami do robienia mleka z różnych roślinnych surowców.

Potem zaczęłam jednak rozmyślać o tych krowach.

Przypomniałam sobie jak jako dziecko byłam świadkiem sceny, która bardzo mnie zdziwiła. Przyglądałam się, jak gospodyni zanim zaczęła doić swoją krowę głaskała ją, klepała po bokach, a potem przytulała się do jej głowy i mówiła do niej. Wprawiło mnie to w zdumienie, ponieważ sama też mówiłam czasem do kota głaszcząc go, kiedy leżał mi na kolanach, ale przemawiać i przytulać się do tak dużego zwierzęcia? Raczej bym się go bała.

Tymczasem gospodyni przemawiała do dużej, łaciatej krowy jak do dobrej przyjaciółki. Było coś o hałasie, którego narobił sąsiad traktorem przez cały dzień i o tym, że je obie głowa teraz boli. I o tym, że dzieciakom budyń trzeba jeszcze zrobić.  I było dużo łagodnych, uspokajających słów.

Kiedy przypomniałam sobie tę scenę zaczęłam się naprawdę poważnie zastanawiać, czy szczęśliwsza jest wolna, ale samotna krowa w Indiach, czy hodowana w gospodarstwie, kochana Mućka, po stracie której wszyscy płaczą.

I pomyślałam, że zamiast wydawać 1000zł na maszynkę do robienia mleka z migdałów, będę jednak kupować mleko (sporo droższe od „sklepowego”) od gospodyni, która kocha swoją holenderkę.

 

 

 

Dla Elizy

Dla kogo Ludwig van Beethoven napisał słynną Bagatelę a-moll, nazwaną „Dla Elizy”, nikt nie wie. Może w ogóle nie dla Elizy, tylko dla Teresy, która dała mu kosza. Albo dla Nieśmiertelnej Ukochanej, której tożsamości biografowie do dziś nie rozszyfrowali.

Ale na pewno nie napisał jej dla Elizy Orzeszkowej. Nie mógł jej znać, bo urodziła się po jego śmierci. Jednak kto wie, czy nie napisałby tego utworu dla niej, gdyby ją znał.

Eliza Orzeszkowa w wieku 26 lat

Bowiem Eliza Orzeszkowa kochliwa i romansowa była, choć jak patrzę na jej portrety, to trudno mi uwierzyć.

Jednak są różne gusta. Są też podobno mężczyźni, których pociąga w kobietach intelekt.

W Grodnie, które odwiedziliśmy w jednodniowej przerwie w spływie kajakowym, stoi dom Orzeszkowej zmieniony na muzeum i coś w rodzaju „domu kultury”. Przewodniczka opowiadała nam śpiewną i miękką polszczyzną historię życia pisarki.

I wtedy polubiłam Elizę. Za jej kochliwy charakter, za ogromne zaangażowanie w pomoc ludziom i za jej miłość do roślin. Była nie tylko kolekcjonerką ziół i zbieraczką opisów ich użycia w celach leczniczych, ale także artystką.

Tworzyła z suszonych roślin takie piękne kompozycje.

Wiele lat temu robiłam obrazki z pojedynczych suszonych roślin, aby ozdobić jedną z pustych ścianę mojego domku. Nie umiem rysować i uznałam, że natura najlepiej rysuje przepiękne rośliny, a ja tylko jej prace zamknę w ramkach.

Zainspirowana przez Elizę wrócę do tego „rękodzieła” i zamierzam się w tej aktywności trochę rozwinąć.

Was też do tego zachęcam.

I poczytam ponownie „Nad Niemnem”. Ale teraz będę tam szukała roślin. W końcu Orzeszkowa opisała ich tam aż 140.

W szkole  czytając lektury opuszczało się opisy przyrody.

Teraz czytając „Nad Niemnem” opuszczę fabułę.