Wszyscy na podium !

 

Moi Drodzy, bardzo dziękuję tym z Was, którzy wzięli udział w konkursie. Było dla mnie naprawdę wielką przyjemnością czytanie Waszych wierszyków i haseł.

Bardzo trudne okazało się wybranie jednego zwycięzcy. Jury postanowiło więc, że oprócz pierwszej nagrody zostanie przyznana także nagroda dodatkowa.

Pierwszą nagrodę otrzymuje Grażyna za wierszyk o podagryczniku. Zdradzę, że niespodzianką, o której była mowa w konkursowym poście, jest gliniany garnek do pieczenia.

„Podagrycznik – kozie ziele.
W dni powszednie i w niedziele.
Jedz „na zdrowie” – powiem szczerze,
Będziesz jeździł na rowerze.
Młode kłącza, kwiaty, liście,
Moc w roślinie – oczywiście!
Winka z ziela nalej także,
I zapomnij o podagrze!”

Nagrodę dodatkową (olejek lawendowy od świętej Hildegardy doskonały do relaksujących kąpieli, olejek cedrowy do stosowania przy katarze i bólu zatok oraz mydło z dodatkiem pszczelego wosku) otrzymuje Monika J. za wierszyk o imbirze.

„Imbir? Już się nie poplącze,
To od wieków znane kłącze,
W mleku, winie, spirytusie,
Też skutecznie działa mu się,
Na infekcje, ból i mdłości,
Niech na dobre w dom zagości.”

Pozostałe osoby, które wzięły udział w konkursie, otrzymają ode mnie w podziękowaniu drobny upominek – ręcznie robione mydło. Oprócz siły i aromatu ziół zaklęte są w nim okruszki serc wspaniałych ludzi, którzy je robili, a których dane mi było poznać osobiście w wielce przyjemnych okolicznościach przyrody.

Wszystkie osoby, które brały udział w konkursie, proszę o przesłanie na kontakt@klinikapodagryka.pl imienia i nazwiska oraz adresu, na który mają być wysłane nagrody.

 

Jak nie mieć pecha do pH

Jakiś czas temu dowiedzieliśmy się z licznych reklam i publikacji internetowych, że ogromnej większości nękających nas chorób winne jest „zakwaszenie organizmu”. Musimy się zatem „odkwaszać”.

Doprowadziło to do całej masy nieporozumień i prób „odkwaszania” sobie żołądka, który z natury powinien być właśnie mocno „zakwaszony”(prawidłowe pH soku żołądkowego to ok. 1,5), żeby mógł dobrze trawić.

Warunkiem zdrowia jest stan równowagi kwasowo – zasadowej w naszym organizmie. Czyli stan optymalnego dla naszego życia stężenia jonów wodoru w przestrzeniach wewnątrzkomórkowych i zewnątrzkomórkowych. Taki optymalny stan jest utrzymywany dzięki homeostazie procesów ustrojowych, czyli ich samoregulacji.

Miarą równowagi kwasowo – zasadowej w organizmie jest pH krwi, które powinno wynosić 7,35-7,45 dla krwi tętniczej i 7,32-7,42 dla krwi żylnej.

Jak można poczytać w

Carnauba, Renata Alves, et al. „Diet-induced low-grade metabolic acidosis and clinical outcomes: a review.” Nutrients9.6 (2017): 538.

kiedy pH krwi zbliża się do dolnej granicy mamy do czynienia z przewlekłą kwasicą metaboliczną niskiego stopnia (LGMA).

Przewlekłą kwasica metaboliczna niskiego stopnia (LGMA) może prowadzić do dny moczanowej, powstawania kamieni nerkowych, insulinooporności, cukrzycy, nadciśnienia i niealkoholowego stłuszczenia wątroby.

Głównym czynnikiem wpływającym na LGMA jest dieta i brak w niej równowagi pomiędzy spożyciem zasadotwórczych owoców i warzyw, a spożyciem białka zwierzęcego i innych produktów kwasotwórczych (jak fasola czy orzechy).

Wydawałoby się, że sprawę rozwiązuje całkowite wyeliminowanie białka zwierzęcego. Ale nieumiejętnie skomponowana dieta wykluczająca mięso też może zaburzyć równowagę kwasowo – zasadową, tyle, że w drugą stronę. A to też jest szkodliwe i może prowadzić na przykład do poważnych zaburzeń w pracy serca.

Jan Sztaudynger, nasz frywolny fraszkopisarz, tak pisał o równowadze:

„By równowaga nie była zwichnięta,

Podnosząc suknię, spuszczała oczęta”.

Nasunęło mi to taką fraszka:

„By nie mieć pH nieprawidłowego,

Jadaj buraczki do schabowego”.

 

A co z DMSO?

Wśród porad dotyczących naturalnych sposobów leczenia dny moczanowej lub bólu stawów przewija się często DMSO – organiczny związek chemiczny o nazwie dimetylosulfotlenek, pozyskiwany z drewna (jest także produktem ubocznym przy produkcji papieru).

To substancja o silnych właściwościach przeciwzapalnych i źródło siarki, która jest nam do życia niezbędna. Jest ona między innymi składnikiem insuliny i żółci.

Siarka ułatwia też regenerację chrząstki stawowej i przywraca sprawność stawów.

W sieci można znaleźć wiele informacji o cudownych skutkach stosowania DMSO na przeróżne dolegliwości. Niektórzy nazywają ją „ukrywaną substancją przeciw nowotworom” inni „cudownym uzdrawiaczem”, jeszcze inni „odkryciem stulecia”.

Postanowiłam bliżej przyjrzeć się naukowym doniesieniom o DMSO i już na wstępie rzucił mi się w oczy artykuł pod niepokojącym tytułem:

„Unexpected low-dose toxicity of the universal solvent DMSO”,

opublikowany w The FASEB (Federation of American Societies For Experimental Biology) Journal w 2014 roku.

Istnieje sporo publikacji o tym, że DMSO nie jest toksyczny i o tym, jak świetnie sprawdza się jako lek na wiele przypadłości.

Jednak jeśli czytam, że jacyś naukowcy opublikowali tekst pod tytułem: „Nieoczekiwana toksyczność niskiej dawki uniwersalnego rozpuszczalnika DMSO”, to zapala mi się czerwone światełko. Nawet wówczas, gdy jest jeden z nielicznych negatywnych tekstów naukowych na temat DMSO wśród setek pozytywnych (i nawet jeśli dotyczy badań na szczurach).

Wiele leków i substancji było uznawanych przez lata za całkowicie bezpieczne. Potem, po kilku czy kilkudziesięciu latach, okazywało się, że ich stosowanie prowadzi do ciężkich chorób. Tak było na przykład z Talidomidem, który w latach 50-tych, jako uznany przez naukowców za bezpieczny, był sprzedawany bez recepty oraz zalecany kobietom w ciąży. Po 10 latach ci sami (lub może inni) naukowcy zmienili zdanie i udowodnili, że to on właśnie spowodował ciężkie deformacje dzieci urodzonych przez zażywające go przyszłe matki.

Nie jestem naukowcem i nie wiem, jaka jest cała prawda o DMSO i pewnie na razie nikt tego nie wie.

Ale jakoś nie mam do tej substancji zaufania.

Pozostanę przy ziołach.

O nich, przez setki, a czasem tysiące lat, nie zmieniano zdania. Jest kilka ziół, które podpadły naukowcom za alkaloidy pirolizydynowe, ale jak się temu tematowi bliżej przyjrzeć, to zarzuty są bezpodstawne.

To mnie całkowicie do ziół przekonuje.

A siarkę będę sobie czerpać z ryb, rzeżuchy, cebuli, czosnku, kapusty, kalafiora, rzodkiewki, brukselki, moreli, awokado i truskawek.

No i oczywiście z siarkowych kąpieli w różnych uzdrowiskach.

Nie tylko w Solcu Zdroju (o którym można poczytać tutaj) i Oravicach (o których pisałam tutaj).

O innych moich „siarkowych” miejscach jeszcze napiszę.

 

Moje 2000

Moi Drodzy, bardzo mi miło, że już ponad 2000 osób polubiło moją stronę.

W podziękowaniu mam dla Was kolejny mały konkurs.

Nagrodą nie będzie połówka banknotu 2000 pesos, którą Waldek na cargo mógłby wymienić na furgonetkę złota, ściągając zwycięzcę swoim skorumpowanym wzrokiem. Nie udało mi się niestety jej zdobyć.

Ale zwycięzca konkursu otrzyma:

dwa ręcznie robione mydła nostrzykowe;

portret przywrotnika na ręcznie robionym papierze z mojej ulubionej papierni w Czechach;

dżem z zielonych sosnowych szyszek według kaukaskiej receptury (jesienią i zimą pomoże przy przeziębieniu) ;

ostrą konfitura z jarzębiny (idealną do mięsa);

Dorzucę do tego jeszcze moje zdobycze z wiosennych wypraw:

likier klasztorny z klasztoru świętej Hildegardy z Bingen;

galaretkę z czerwonego wina z dodatkiem korzennych przypraw (także z klasztoru Hildegardy), polecaną przez siostrzyczki do zimnych mięs, serów i kaczki;

buteleczkę sprawdzonej tradycyjnej gorzkiej serbskiej nalewki na trawienie o nazwie Gorki list;

notes z fajną drewnianą okładką;

Będzie też niespodzianka z Rumunii, której nie ma na zdjęciu, bo ma być niespodzianką.

Nagrodę zdobędzie autor najciekawszego hasła reklamującego wybraną roślinę spośród tych, o których do tej pory pisałam.

Hasło musi łączyć się z moim wpisem o wybranej  roślinie jakimś elementem, który we wpisie występuje, oprócz oczywiście samej rośliny.

Dla przypomnienia rośliny, o których pisałam:

miechunka (tutaj), wawrzyn szlachetny (tutaj), stokrotka (tutaj), podagrycznik (tutaj), ogórecznik (tutaj), czapetka (tutaj), rumianek (tutaj), owies (tutaj), seler (tutaj), robinia (tutaj), pierwiosnek (tutaj), cebula (tutaj), wiśnia (tutaj), brzoza (tutaj), imbir (tutaj), poziomki (tutaj), nawłoć (tutaj), skrzyp (tutaj), pietruszka (tutaj), uczep trójlistkowy (tutaj), oliwka (tutaj), ruta (tutaj), ostrożeń warzywny (tutaj), bławatek (tutaj).

Wzięcie udziału w konkursie nie wymaga udostępnienia posta, ale będzie mi bardzo miło, jeśli poinformujecie swoich znajomych o konkursie i polubicie moją stronę.

Konkurs musi mieć regulamin, zatem poniżej  go podaję:

1.    W konkursie mogą wziąć udział osoby pełnoletnie.
2. Warunkiem uczestnictwa w konkursie jest odpowiedź na zadanie konkursowe na blogu pod konkursowym wpisem.
3.  Konkurs trwa od 10. 10.2018 do 20.11.2018
4. Najciekawszą odpowiedź wyłoni komisja konkursowa złożona ze mnie, mojego męża i córki.
5. Wynik konkursu zostanie ogłoszony na blogu 25.11.2018.
6. Zwycięzca, aby otrzymać nagrodę, musi przesłać mi do dnia 30.11.2018 adres, na jaki ma zostać ona wysłana. Informacja ta powinna zostać wysłana na adres: kontakt@klinikapodagryka.pl  lub przez wiadomość na stronie  Fb.
7. W przypadku braku kontaktu ze strony zwycięzcy w ustalonym terminie komisja dokona innego wyboru.

Zapraszam Was do wspólnej zabawy !

 

 

Gdzie się podziały nasze bakterie?

Coraz częściej słyszymy o tym, że nękające nas choroby są wynikiem braku odpowiednich bakterii w organizmie. Wytłukliśmy je antybiotykami i sami sobie jesteśmy winni.

W książce „Utracone mikroby” autor, Martin J. Blaser, mikrobiolog, stawia tezę, że choroby cywilizacyjne i epidemia otyłości na świecie są skutkiem nadużywania antybiotyków i braku odpowiednich mikroorganizmów w naszym ustroju. Niektóre zniknęły już bezpowrotnie.

Naukowcy szacują, że liczba komórek bakterii w naszym ciele przekracza 10-ciokrotnie liczbę naszych własnych komórek. Zatem jest w nas tych gości cała masa. Żyjemy sobie we względnej zgodzie, dopóki albo jakaś bakteria za bardzo nie zacznie się panoszyć, albo znów inną, potrzebną, wytrzebimy antybiotykiem.

Pojawiają się liczne laboratoria, które oferują badania i dobieranie dla nas odpowiedniego zestawu mikrobów, które pozwolą nam odbudować właściwą florę bakteryjną.

I tu pojawia się pewna moja wątpliwość, którą wyraziłam już w poście „Nobody is perfect” (tutaj). Mianowicie gdzie znajduje się wzorzec człowieka, do którego można nas porównać, jeśli chodzi o skład flory bakteryjnej?

Dlatego nie będę  badać mikroflory swoich jelit i kupować zestawu bakterii dla siebie.

Pozostanę przy tradycyjnych źródłach „dobrych bakterii”, zwanych mądrze probiotykami, czyli poczciwych kiszonkach.

Oczywiście nie można zapomnieć też o prebiotykach, czyli takich składnikach pożywienia , które tworzą dobrą atmosferę probiotykom do życia i rozmnażania.

Korzeń cykorii podróżnik to jedno z najbogatszych źródeł prebiotyków.

A więc kawa z  korzenia cykorii w moim menu jest absolutnie konieczna.

Probiotyki ucieszą się też z cebuli,  (było o niej tutaj), czosnku, bananów, ziemniaków oraz mniej banalnego topinamburu.

Na fali badań nad mikrobiomem człowieka coraz głośniej mówi się, o stosowanym już od paru lat w różnych klinikach (z dobrym skutkiem) przeszczepianiu bakterii zdrowych ludzi tym, którzy chorują.

Naukowo nazywa się to „przeczepianie mikroflory”, co w nieco mniej naukowym języku jest po prostu „przeszczepianie kupy”, czyli podawaniem choremu zawiesiny z odchodów zdrowego dawcy.

Tyle tylko, że, jak pisze Martin Blaser, niedługo dawców będziemy musieli długo szukać, ponieważ prawie nie ma już ludzi, którzy nie mieli styczności z antybiotykami i ich flora byłaby w stanie prawie, nazwijmy to, pierwotnym.

Podaje przykład Indian z pewnej odciętej od cywilizacji wioski, którzy w tej kwestii są istnym skarbem,  a ich flora jelitowa jest wielokrotnie bogatsza, niż flora mieszkańców „cywilizowanych krajów”.

Ale kiedy tak sobie czytałam tę książkę,  to naszła mnie myśl, że kiedyś (co komuś może się wydać nieprawdopodobne) dzieci kąpały się w wannie w wodzie po tym, jak kąpiel wziął ich ojciec.

Tatuś zajadał się ziemniaczkami na obiad, a często święty nie był i nie raz wcinał ogórki kiszone pod wódeczkę i pił sok z kapusty kiszonej na kaca.

Może to był powód, że dzieciom nie trzeba było przeszczepiać kupy Indian, aby były zdrowe?

Holenderko, mon amour

Kiedyś dyskutowałam długo wieczorem z dziewczyną, która zadała pytanie na forum miłośników naturalnych metod leczenia oraz zdrowego tryby życia. Chodziło o to, czym można zastąpić mleko. Zapytałam, dlaczego w ogóle chce je czymś zastąpić i że jeśli ma problemy z trawieniem laktozy polecam jogurty, kefiry i zsiadłe mleko.

Odpowiedziała mi, że chce to zrobić ze względów ideologicznych. Bo krowy są hodowane, trzymane w niewoli i dojone. I że jest to bardzo niehumanitarne.

Pierwszą wątpliwością, którą miałam, było to, że jeśli nikt nie będzie pił mleka i jadł wołowiny, to nikt nie będzie hodował krów i wymrą całkiem. Ale dziewczyna ripostowała, że przecież mogłyby, jak krowy w Indiach, przechadzać się spokojnie na wolności nie być niepokojone przez nikogo.

Tu wyraziłam wątpliwość, że w Polsce zimą krowa na wolności by nie przeżyła. Odpowiedzią było, że część uwolnionych krów jakoś mogłaby przedostać się do cieplejszych krajów i żyć na wolności. Fakt, trudno się z tym nie zgodzić. Przekonana odpuściłam. Zaczęłam się nawet interesować maszynkami do robienia mleka z różnych roślinnych surowców.

Potem zaczęłam jednak rozmyślać o tych krowach.

Przypomniałam sobie jak jako dziecko byłam świadkiem sceny, która bardzo mnie zdziwiła. Przyglądałam się, jak gospodyni zanim zaczęła doić swoją krowę głaskała ją, klepała po bokach, a potem przytulała się do jej głowy i mówiła do niej. Wprawiło mnie to w zdumienie, ponieważ sama też mówiłam czasem do kota głaszcząc go, kiedy leżał mi na kolanach, ale przemawiać i przytulać się do tak dużego zwierzęcia? Raczej bym się go bała.

Tymczasem gospodyni przemawiała do dużej, łaciatej krowy jak do dobrej przyjaciółki. Było coś o hałasie, którego narobił sąsiad traktorem przez cały dzień i o tym, że je obie głowa teraz boli. I o tym, że dzieciakom budyń trzeba jeszcze zrobić.  I było dużo łagodnych, uspokajających słów.

Kiedy przypomniałam sobie tę scenę zaczęłam się naprawdę poważnie zastanawiać, czy szczęśliwsza jest wolna, ale samotna krowa w Indiach, czy hodowana w gospodarstwie, kochana Mućka, po stracie której wszyscy płaczą.

I pomyślałam, że zamiast wydawać 1000zł na maszynkę do robienia mleka z migdałów, będę jednak kupować mleko (sporo droższe od „sklepowego”) od gospodyni, która kocha swoją  holenderkę.

 

 

 

Dla Elizy

Dla kogo Ludwig van Beethoven napisał słynną Bagatelę a-moll, nazwaną „Dla Elizy”, nikt nie wie. Może w ogóle nie dla Elizy, tylko dla Teresy, która dała mu kosza. Albo dla Nieśmiertelnej Ukochanej, której tożsamości biografowie do dziś nie rozszyfrowali.

Ale na pewno nie napisał jej dla Elizy Orzeszkowej. Nie mógł jej znać, bo urodziła się po jego śmierci. Jednak kto wie, czy nie napisałby tego utworu dla niej, gdyby ją znał.

Eliza Orzeszkowa w wieku 26 lat

Bowiem Eliza Orzeszkowa kochliwa i romansowa była, choć jak patrzę na jej portrety, to trudno mi uwierzyć.

Jednak są różne gusta. Są też podobno mężczyźni, których pociąga w kobietach intelekt.

W Grodnie, które odwiedziliśmy w jednodniowej przerwie w spływie kajakowym, stoi dom Orzeszkowej zmieniony na muzeum i coś w rodzaju „domu kultury”. Przewodniczka opowiadała nam śpiewną i miękką polszczyzną historię życia pisarki.

I wtedy polubiłam Elizę. Za jej kochliwy charakter, za ogromne zaangażowanie w pomoc ludziom i za jej miłość do roślin. Była nie tylko kolekcjonerką ziół i zbieraczką opisów ich użycia w celach leczniczych, ale także artystką.

Tworzyła z suszonych roślin takie piękne kompozycje.

Wiele lat temu robiłam obrazki z pojedynczych suszonych roślin, aby ozdobić jedną z pustych ścianę mojego domku. Nie umiem rysować i uznałam, że natura najlepiej rysuje przepiękne rośliny, a ja tylko jej prace zamknę w ramkach.

Zainspirowana przez Elizę wrócę do tego „rękodzieła” i zamierzam się w tej aktywności trochę rozwinąć.

Was też do tego zachęcam.

I poczytam ponownie „Nad Niemnem”. Ale teraz będę tam szukała roślin. W końcu Orzeszkowa opisała ich tam aż 140.

W szkole  czytając lektury opuszczało się opisy przyrody.

Teraz czytając „Nad Niemnem” opuszczę fabułę.

Gdy kręcą się po nas krętki

Sanepid w Bydgoszczy podał informację, że na 435 zbadanych kleszczy 65 było nosicielami krętków Borrelia burgdorferi. Na Mazurach tych zarażonych jest znacznie więcej.

Jest się czego bać.

Pomimo stosowania różnych środków zapobiegawczych (o których było tutaj), zawsze może się nam przytrafić ukąszenie kleszcza.

Jeśli siedzi w naszej skórze, trzeba się go szybko pozbyć. Metod i narzędzi do tego stosowanych jest dużo. Ja radzę sobie bardzo tanim przyrządem, przy pomocy którego chwyta się kleszcza jak na lasso. Są też zaawansowane zestawy do zamrażania kleszczy przed usunięciem. Zamrażanie ma hamować wydzielanie toksycznej śliny.

Usunęliśmy kleszcza. I co teraz?

Można go umieścić na wilgotnym płatku kosmetycznym, wpakować w słoiczek albo foliową torebkę i wysłać do zbadania (nie później niż w 48 godzin od jego wyjęcia). W różnych miastach robią to różne instytucje, nie zawsze sanepid (za pieniądze oczywiście).

Jeśli wynik będzie negatywny – mamy farta.

Jeśli pozytywny, to gorzej.

Ogólnie podawaną informacją jest, że aby doszło do zakażenia, kleszcz musi być w ciele ofiary dłużej niż 24 godziny.

Jednak jeśli poczytać przegląd danych naukowych na ten temat opublikowany w

Cook, Michael J. „Lyme borreliosis: a review of data on transmission time after tick attachment.” International journal of general medicine 8 (2015): 1.

okazuje się, że do zakażenia może też dojść praktycznie od razu.

Problem polega na tym, że nie możemy szybko się przekonać, czy chory kleszcz nas zaraził. Przeciwciała przeciwko Borrelia burgdorferi, które można wykryć w badaniu laboratoryjnym, pojawiają się nam dopiero po 4-5 tygodniach od ukąszenia.

Ja darowałabym sobie czekanie na wynik testów i jeśli kleszcz, który mnie ugryzł,  był chory (wyniki tego badania są bardzo szybko), od razu zaczęłabym leczenie.

Badania naukowe mówią, że jeśli krętki szybko zaatakować, wystarczy krótkie, 2-4 tygodniowe leczenie antybiotykiem.

Po tej terapii lekarz zwykle zleca wykonanie testów. Ale kiedy czytam różne naukowe rozprawy o ich wiarygodności, to dochodzę do wniosku, że równie dobrze można po prostu przyjąć, że pokonaliśmy krętki.

Autorzy publikacji

Stanek, Gerold, and Franc Strle. „Lyme borreliosis–from tick bite to diagnosis and treatment.” FEMS microbiology reviews 42.3 (2018): 233-258.

nie znaleźli przekonujących dowodów, że po takiej czterotygodniowej kuracji krętki mają jakąś szansę przeżyć.

Nie zawsze wysyłamy kleszcza do badania. Mnie, wiele lat temu, przy koszeniu trawy na Mazurach, atakowało ich po kilkanaście. Nie znałam wtedy patentów na ich odstraszanie. Ile czasu by mnie kosztowało, gdybym je wszystkie wysyłała do badania?

Wtedy pozostaje obserwacja.

Jeśli po kilku czy kilkunastu dniach mamy rumień wędrujący albo mamy typowe objawy zakażenia krętkami (bóle stawowe, gorączka, sztywność karku, rozbicie) marsz do lekarza po antybiotyk.

Jako fitoterapeuta nie jestem zwolenniczką antybiotyków, ale w niektórych przypadkach są po prostu niezastąpione. To jest taki właśnie przypadek.

Nie będziemy przecież rzucać we wroga kamieniami kiedy wiemy, że jest bardzo groźny i bezwzględny, a mamy w swoim arsenale broń, z której możemy do niego niego strzelać.

Ale mamy w tej bitwie też naturalnych sojuszników.

Olej z rokitnika utrudnia krętkom poruszanie się i chroni nas przed toksynami, które uwalniają.

Pyłek pszczeli wzmacnia układ odpornościowy, który podczas kuracji musi się mocno wysilać.

Hakorośl działa przeciwzapalnie.

Miód, oliwa z oliwek, czosnek i czarnuszka nie pozwolą krętkom na budowę biofilmu, czyli błony biologicznej o zwartej strukturze.

Jeśli biofilm sobie zbudują, antybiotyk się przez niego nie przebije i krętki będą w nas siedziały otoczone nim jak murem niezdobytej twierdzy.

Przy terapii antybiotykiem nie zapominajmy o probiotykach i prebiotykach. Kuracja taka pozbawia nas przecież dobrej flory bakteryjnej, o której niedługo, zainspirowana przeczytanymi książkami i wysłuchanymi wykładami, będę pisała.

Olej rokitnikowy, miód, czosnek, czarnuszkę i pyłek pszczeli możemy zresztą stosować zawsze. To nam nie zaszkodzi. Wzmocni naszą odporność, co da nam większą szansę, że pokonamy sami krętki Borreli, jeśli się z nimi kiedyś przypadkiem spotkamy.

A co kiedy nie przebadaliśmy kleszcza, nie mamy rumienia ani objawów?

Można zrobić testy, ale jak już wspominałam, nie są one całkiem wiarygodne. Opieranie kuracji antybiotykowej tylko na wynikach testów bez żadnych objawów choroby jest przez wielu fachowców odradzane.

Choć są tacy, którzy wolą dmuchać na zimne i leczyć się antybiotykiem na wszelki wypadek.

Ale co mają zrobić Ci, którzy żyją wśród kleszczy mieszkając lub pracując w lesie czy na wsi? Często ugryzienia kleszcza liczą w dziesiątkach. Gdyby opierali się tylko na testach pewnie jedliby antybiotyk na każde śniadanie.

Zdarza się, że nie zauważymy w ogóle chorego kleszcza, który nas ugryzł, nie pojawi się nam rumień wędrujący albo pojawi się tam, gdzie go nie widać. Bywa, że kleszcz zarazi nas krętkami, a odpuścimy sobie jego badanie, testy i leczenie antybiotykiem, bo nie mamy rumienia ani żadnych objawów, a na dodatek jesteśmy na przykład na pięknym i długim spływie kajakowym w kompletnej głuszy. I jeszcze mamy osłabiony układ odpornościowy, który sam nie pokona krętków.

Wtedy mamy po prostu cholernego pecha.

Choroba może się rozwijać i po latach musimy stawić czoła przewlekłej boreliozie.

Ale o tym będzie innym razem, bo mnie już te kleszcze zmęczyły.

Wieszczę kleszcze

Żeby wieszczyć atak kleszczy nie trzeba być Pytią i wdychać dymu z palonych liści wawrzynu szlachetnego.

Przy okazji wychwalania leczniczych właściwości liści laurowych pisałam o tym patencie na wizje (tutaj).

I tak wiadomo, że kleszcze będą utrudniać nam wakacyjne spacery po parkach, lasach i łąkach.

Piszę tego posta z Mazur. Tu jest jak na wojnie. Kleszcze czyhają na mnie na każdym kroku.

Ale przecież nie będę ciągle siedzieć w domu tylko dlatego, że zagraża mi taki mały drań,  a wychodząc  nie będę się ubierać w kombinezon ochronny.

Jak tu chodzić w upalne lato w spodniach z długimi nogawkami, koszuli z długim rękawem zapiętej pod szyję i w kaloszach?

I tak, jak wykazuje moje doświadczenie, kleszcz może nas dopaść zawsze.

Ja sprowadziłam kiedyś jednego w swoje progi  na studziennej pompie przywiezionej na zimę  z mazurskiej działki. Ugryzł  męża, który siedział tego dnia cały dzień w domu i ani przez chwilę nie pomyślał o kleszczach.

Więc jak się przed kleszczami bronić?

Po pierwsze, na spacery do lasu, parku czy na łąkę trzeba zakładać jasne ubrania. Wtedy kleszcze lepiej widać. Po drugie, po powrocie z wycieczki należy wytrzepać ubranie i wyprać je. Po trzecie, a właściwie powinno być po pierwsze, bo to  jest najważniejsze, odstraszyć je tak skutecznie, by trzymały się od nas z daleka.

Świetnie nadają się do tego olejki eteryczne. Kleszcze najbardziej nie lubią olejku piołunowego, wrotyczowego, żywotnikowego, miętowego, eukaliptusowego, tatarakowego , herbacianego, kubebowego, patchulowego, goździkowego i olejku z trawy cytrynowej.

Nie lubią też wąchać naftaliny, kamfory, nafty i kwasu octowego.

Nafta w połączeniu z olejkiem miętowym i kamforą w ogóle ubija kleszcze.

Odstrasza je również octan etylu, który znajdziemy w zmywaczu do paznokci. Bezacetonowy zmywacz może być zatem z powodzeniem składnikiem naszej broni przeciw kleszczom.

Kleszcze nienawidzą też salicylanu metylu. Ten z kolei występuje w kwiatach i kłączach wiązówki błotnej, która właśnie kwitnie.

Można więc zrobić sobie samemu odstraszacz kleszczy i stosować go na ubranie. Ja stosuję takie mieszanki również na skórę, ale trzeba uważać, bo można być uczulonym. Zawsze lepiej najpierw sprawdzić działanie mieszaniny smarując się za uchem.

Najprostszą do zrobienia i wypróbowaną przez mnie miksturą odstraszającą kleszcze  jest olej z pestek winogron wymieszany z kilkoma kroplami któregoś z podanych wyżej olejków. Smaruję nim dookoła nadgarstki, zgięcia łokci, pod kolanami i na szyi,  a także wkoło kostek.

Jeśli często chodzimy do lasu, na łąki i w zarośla warto zrobić sobie bardziej zaawansowany fito-repelent według przepisu doktora Henryka Różańskiego.

  • 5ml olejku eterycznego anyżowego
  • 5ml olejku eterycznego eukaliptusowego
  • 10ml olejku eterycznego lemongrasowego (tarwa cytrynowa)
  • 10ml olejku eterycznego cytronella
  • 10ml salicylanu metylu lub olejku eterycznego golteriowego
  • 10ml octanu etylu
  • nafta 850ml
  • 100ml nalewki bursztynowej na etanolu powyżej 70% .

Jeśli  nie mamy co najmniej rocznej nalewki bursztynowej, można zrobić ją szybko zagotowując dwukrotnie 100ml spirytusu i 30g drobnych bursztynów na kuchence elektrycznej (nie gazowej!!) robiąc to dla bezpieczeństwa na wolnym powietrzu. Ja właśnie tak zrobię, bo bursztyn przywiozłam znad Bałtyku dopiero teraz.

Trzeba pamiętać, że nafta szkodzi kotom. Robiąc preparat dla nich trzeba naftę pominąć. 

Do odstraszania kleszczy trzeba stosować porządne olejki eteryczne. Muszą to być 100% olejki eteryczne, a nie jakieś rozcieńczane fałszywki.

Porządny, uczciwie destylowany olejek eteryczny, musi sporo kosztować.

Na przykład melisa (w zależności od miejsca uprawy, słońca i innych jeszcze czynników) może zawierać 0,02% olejku.

Co oznacza, że z TONY liści takiej melisy możemy uzyskać tylko 200g olejku.

I co tu się dziwić cenie?

Olejki miewają różne ceny właśnie z powodu różnej wydajności surowca. Ale te prawdziwe tak czy siak nigdy nie są tanie.

Niestety środki odstraszające kleszcze z olejkami eterycznymi mają dość krótkie działanie. Trzeba spryskiwać się nimi i smarować często podczas spaceru (przynajmniej co pół godziny).

Kto chce pobawić się w małego chemika może zrobić sobie PMD, naturalną substancję o nienaturalnej nazwie p-mentano-3,8-diol.

Aby otrzymać PMD z olejku eterycznego eukaliptusa cytrynowego należy ogrzewać w 50 stopniach Celsjusza przez 15 godzin mieszaninę  z 3,7g tego olejku z dodatkiem 5,25g 7-procentowego roztworu kwasu cytrynowego mieszając 450 obrotów na minutę. Szczegóły można znaleźć tu:

Drapeau, Jeremy, et al. „Green synthesis of para-Menthane-3, 8-diol from Eucalyptus citriodora: Application for repellent products.” Comptes Rendus Chimie 14.7-8 (2011): 629-635.

20% roztwór PMD działa przez kilka godzin. Gdy go stosujemy, stajemy się dla kleszczy niewidoczni. PMD blokuje ich receptory i nie mogą nas wykryć. Trzeba tylko pamiętać, żeby w użytej mieszaninie mieć też składniki odstraszające. Kiedy przypadkiem kleszcz dostanie się jednak na skórę, to one muszą być drugą linią obrony i go odpędzić.

Jak pokazuje przykład mojego męża, zawsze i wszędzie, pomimo ostrożności, można paść ofiarą kleszcza przywiezionego na przykład przez własną żonę samochodem z Mazur.

I co wtedy?

O tym będzie w następnym wpisie.

 

 

Wycieczka w przeszłość – Rumunia

Południowa Rumunia zupełnie mnie zaskoczyła.

Jest całkiem inna od tej, którą pamiętam z niegdysiejszej wycieczki do Transylwanii, kiedy zauroczyły mnie między innymi wszędobylskie kwitnące wiosenne robinie (pisałam o nich tutaj).

Po pokonaniu  Żelaznych Wrót (o czym można poczytać tutaj) wjeżdżamy do Rumunii w potwornym upale.

Przed piekącym słońcem chowamy się do restauracji na barce. Od wody wieje trochę chłodem, a białe zasłony zapewniają cień, dając jednocześnie dużo rozproszonego światła. Jest bardzo przyjemnie.

Zamawiamy ciorba de burta, czyli flaki, przygotowywane jednak zupełnie inaczej niż u nas. Ta potrawa staje się prawdziwym hitem naszego pobytu w Rumunii. Zamawiamy ją w każdej napotkanej restauracji. O ile takową napotkamy. A na rumuńskiej części szlaku Eurovelo nie zdarza się to często. Podobnie, jak nie często spotykamy miejsca, w których można przenocować.

Jeśli wydaje się Wam, że w rumuńskiej ubogiej wiosce, każdy mieszkaniec z radością wita turystów, oferując im nocleg w swoim obejściu i świeże warzywa i owoce, to bardzo się mylicie.

Pani bardzo się ucieszyła, że chcę zrobić jej zdjęcie. Nawet poprawiła chusteczkę. Więc na pewno nie ma nic przeciwko umieszczeniu go tu.

W sennych miasteczkach i wioskach mieszkańcy witają nas wołając „salut” albo „bună ziua”, a czasem nic nie mówią, unosząc tylko rękę w geście powitania.

Może i chcieliby nas ugościć, ale ich obejścia są maleńkie, a każdy skrawek ziemi wykorzystany jest na kartofle, cebule, pomidory. Czasem nawet trawnik przed domem przy ulicy służy za warzywną grządkę. Nie mają nic na sprzedaż. Wszystko zużywają sami. Tylko raz udaje mi się spotkać sprzedawcę czereśni i fantastycznego miodu o nieprawdopodobnie żółtym kolorze.

Wioski i miasteczka wyglądają jak skansen. Stare domy o pięknie zdobionych podcieniach prawie wrastają w ziemię. Niektóre  się rozpadają.

Tylko nieliczne zostały wyremontowane i odnowione.

Przy drodze stoją stare studnie z poidłami dla zwierząt.

Z niektórych wciąż ludzie czerpią wodę.

Czuję się tak, jakby mój rower był wehikułem czasu i przeniósł mnie w przeszłość.

Życie toczy się w rytmie powoli jadącej furmanki ciągniętej przez konie albo osły.

Nie ma prawie wcale barów, pensjonatów, restauracji, agroturystyki.

Za to w każdej wiosce jest co najmniej jeden sklep, przed którym w cieniu stoi co najmniej jeden stolik.

W każdym z tych maleńkich i ciasnych sklepików upewniamy się jednak, że jesteśmy w XXI wieku. W każdym z nich są bowiem niezbędne do życia zimne napoje  i szybkie  Wi-Fi.

Przed starymi domami stoją zaparkowane osły, konie albo mercedesy klasy S. Ciągnące się po horyzont pola słoneczników i kukurydzy na pewno mają z tymi mercedesami coś wspólnego.

Obrzeża pól porastają piękne osty, maki, dziewanny, trybule, nostrzyki, rzepiki. Wlokę się na końcu naszego kolarskiego peletonu nie tylko dlatego, że nie mam siły. To zatrzęsienie ziół bardzo mnie absorbuje.

Nie sposób się nudzić. Każdy dzień, a nawet każda jego część przynosi coś nowego.

Czasem wioska może zaproponować nam nocleg jedynie w naszych własnych namiotach rozstawionych na placu targowym, gdzie koczujemy jak Cyganie przy maleńkim ognisku.

Czasem znów mamy do wyboru tylko „wypasiony” dom weselny z cukierkowymi dekoracjami.

Z tarasu jednego z nielicznych pensjonatów rozciąga się piękny widok na  rozlewiska Dunaju, ale kiedy spojrzy się w bok, zastępują go zwały śmieci, metalowe płoty i jakieś silosy. Tego widoku Wam jednak oszczędzę.

W skleconym z byle czego ogródku barowym, w którym robimy któregoś dnia przerwę, stoliki i krzesła są stare i zniszczone.

Jednak dobrze schłodzone i smaczne piwo kelnerka podaje nam w zmrożonych kuflach, co nie zdarza się chyba u nas nawet w drogich restauracjach. W tym upale jest to prawdziwa rozkosz.

Młodzież głośno słucha muzyki. Chcą zrobić nam przyjemność i puszczają  disco polo. Zwykle trudno mi tę muzykę wytrzymać.

Ale tu, 1800 kilometrów od domu, nawet „Ona tańczy dla mnie” brzmi zupełnie inaczej.

Wszyscy chowają się przed upałem gdzie się tylko da. Zapełniają się ławeczki obrośnięte pnączami albo ukryte pod drzewami.

Tylko my na rowerach ruszamy przed siebie.

Przejeżdżając przez rozpaloną słońcem wioskę, której mieszkańcy w absolutnej ciszy odpoczywają od lejącego się z nieba żaru siedząc przed swoimi rozpadającymi się domami na zacienionych pachnącym obłędnie wiciokrzewem zardzewiałych ławeczkach, robimy krótką przerwę przy starej studni.

Śmiejemy się bardzo głośno i przekrzykujemy chcąc podzielić się jak najszybciej nowymi wrażeniami. Bo droga nam ich nie szczędzi.

I nagle przemyka mi przez głowę myśl, że nie jestem wcale bardziej „cywilizowana” niż mieszkańcy tej biednej jak mysz kościelna wioski.

A czasem to nawet jakby mniej.